— Potrzebujecie opiekunki? — zapytała Vitalina, wybierając kolejny numer z listy.
— Tak, potrzebujemy opieki nad starszym mężczyzną — odpowiedział życzliwy żeński głos. — Macie doświadczenie w pracy z osobami leżącymi?
— Tak, jestem pielęgniarką, mam dyplom. Pracowałam wcześniej na sali operacyjnej — odpowiedziała pewnie Vitalina.
— Świetnie. Macie dzieci?
— Tak, mam siedmioletnią córkę.
— To nie problem. Będziecie mieszkać w osobnym domku, z dala od głównego budynku. Dziecko nikomu nie będzie przeszkadzać. Jeśli wszystko Wam odpowiada, możecie przeprowadzić się już jutro.
Vitalina ledwo mogła uwierzyć w swoje szczęście.
W końcu ona i Liza będą miały swoje własne miejsce, gdzie nie będą musiały mieszkać w ciasnym mieszkaniu cioci, gdzie na 36 metrach kwadratowych mieszkało sześć osób.
— Dziękuję bardzo! Z pewnością przyjedziemy — odpowiedziała radośnie Vitalina, ledwo powstrzymując łzy.
Następnego ranka razem z Lizą przeprowadziły się do przytulnego domku gościnnego na rozległej posiadłości.
Domek okazał się niewielki, ale bardzo komfortowy: zadbana kuchnia, czysta łazienka, jasna sypialnia — wszystko, o czym można było marzyć.
Wokół posiadłości rozciągał się park z zadbanymi ścieżkami.
Po sycącym obiedzie, który przygotowała życzliwa kucharka Halina Iwanowna, Vitalina udała się, by zapoznać się z podopiecznym.
Zostawiła Lizę w przestronnym salonie, gdzie były książki i zabawki, i podeszła do drzwi sypialni. Po zapukaniu usłyszała cichy głos:
— Proszę wejść.
Vitalina weszła i zobaczyła mężczyznę leżącego na szerokim łóżku z wysokimi poduszkami. Jego wzrok był utkwiony w oknie, a wydawało się, że od dawna niczym się nie interesuje.
— Igor Wiktorowicz Brunow — przedstawił się, odwracając głowę. — Jesteś nową opiekunką?
— Tak — odpowiedziała Vitalina, lekko się uśmiechając.
— Moja córka, Anna Igorewna, mówiła, że jesteś medykiem. Mam nadzieję, że sobie poradzisz.
— Postaram się — spokojnie odpowiedziała, starając się wyglądać pewnie.
W tym momencie drzwi lekko się otworzyły, a do pokoju ostrożnie zajrzała Liza. Podeszła do łóżka, spojrzała na Igora Wiktorowicza i zapytała:
— Dziadku, bolą cię nóżki?
— Och, dziecinko — westchnął. — Gdyby tylko bolały… Ja ich już w ogóle nie czuję od dwóch lat. Od kiedy odmówiły, leżę, nikomu niepotrzebny.
— A wcześniej miałeś opiekunki? — ostrożnie zapytała Vitalina.
— Miałem, oczywiście. Ale to albo same uciekały, albo musiałem je wyrzucać. Wiecie, są tacy ludzie, którzy niby wszystko umieją: i mają wiedzę, i ręce sprawne.
Ale duszy nie mają. Tacy chodzą wokół, jak martwi, zimnem od nich wieje. Ja ich od razu czuję — odpowiedział z lekkim uśmiechem.
Vitalina poczuła ulgę: mimo smutku mężczyzna nie wydawał się agresywny ani wymagający.
— Zobaczymy, jak się pokażesz — dodał spokojniej.
— Postaram się nie rozczarować — odpowiedziała Vitalina.
Zbadała podopiecznego, upewniając się, że jego stan jest stabilny, i zabrała się do pracy.
Igor Wiktorowicz okazał się spokojnym i uprzedzającym pacjentem, który nie wymagał niczego ponad to, co niezbędne.
Tymczasem Liza zadomawia się w nowym domu. Znalazła książki, zabawki, a później udała się zwiedzać park, jeżdżąc na rowerze.
— Mamo, tu jest tak pięknie! — z zachwytem wykrzyknęła wieczorem. — Mieszkajmy tu zawsze!
— Jeśli wszystko będzie dobrze, myślę, że na dłużej zostaniemy — odpowiedziała Vitalina, z wdzięcznością wspominając wczorajszy telefon, który dał im szansę na nowe życie.
— Pozwól, że pomogę ci się obrócić, Igorze Wiktorowiczu — powiedziała Vitalina, delikatnie pomagając podopiecznemu położyć się na brzuchu.
Jej obowiązki obejmowały nie tylko opiekę, ale również wykonywanie specjalnych zabiegów, takich jak masaż leczniczy. Zdecydowała się zacząć od tego, zdając sobie sprawę, jak ważne jest to dla jego stanu zdrowia.
Anna Igorewna, córka właściciela, rzadko bywała w rezydencji. Całkowicie pochłaniały ją sprawy biznesowe.
Nadzór nad pracą nowej opiekunki powierzono Galinie Iwanownie, kucharce, oraz pokojówce Tonie. Obie przychodziły rano i pracowały do szóstej wieczorem.
Dlatego wszystkie troski o wieczór i kolację Igora Wiktorowicza spoczywały na Vitalinie.
Każdego wieczoru pomagała podopiecznemu ułożyć się do łóżka, stawiała przed nim specjalny stolik do karmienia, życzyła smacznego i zostawała blisko, gotowa do pomocy, gdyby była potrzebna.
Na szczęście ręce Igora Wiktorowicza zachowały wrażliwość, więc mógł jeść samodzielnie. Vitalina jedynie zmieniała dania i podawała napoje.
Pewnego wieczoru, po kolacji, nagle wezwał ją:
— Podejdź proszę. Widzisz tę szafę z książkami? Tam jest mini-bar. Naciśnij przycisk po prawej.
Vitalina podeszła do wskazanego miejsca, znalazła przełącznik i nacisnęła go. Tajemnicza panel przesunął się na bok, a przed nią pojawił się mini-bar.
— Oho! — westchnęła, szczerze zaskoczona. — To naprawdę coś!
Szafa, jak z filmu szpiegowskiego, przechowywała całą kolekcję napojów. Było ich tak dużo, że wystarczyłoby na kilka bankietów.
— Weźmy tę butelkę z prawej — wskazał. — Wlejmy po trochu.
— Przepraszam, ale to niemożliwe — powiedziała stanowczo Vitalina, kręcąc głową. — Alkohol jest absolutnie przeciwwskazany.
Pracujemy nad przywróceniem czucia i poprawą funkcji mózgu. Nawet minimalna ilość alkoholu może zniweczyć nasze wysiłki.
— Ech, młodość! Nie uczcie starego doktora — zaśmiał się Igor Wiktorowicz.
— Zanim zająłem się biznesem, przez dziesiątki lat byłem głównym lekarzem w centrum kardiologicznym.
Zapewniam cię, 25 mililitrów mi nie zaszkodzi.
Vitalina poczuła lekkie zakłopotanie, ale nie zaczęła już się sprzeczać. Wzięła wskazaną butelkę, nalała napój do kieliszków i podała podopiecznemu.
— Za co pijemy? — zapytała, podając mu kieliszek.
— Za ciebie i twoją córkę — odpowiedział ciepło Igor Wiktorowicz, podnosząc kieliszek. — Masz dobrą córkę. Odważną, dobrze wychowaną.
Moich wnuków nigdy się nie doczekałem, mimo że bardzo marzyłem. Późno się ożeniłem, dzieci też się nie spieszyły. Obaj mają już prawie czterdzieści lat, a tylko kariera, biznes.
A ja chciałem z wnukami spędzać czas, bawić się z nimi. Dzieci to przecież anioły na ziemi. Kiedy są blisko, świat staje się jaśniejszy.
Zrobił łyk, a potem, uśmiechając się, podał Vitalinie talerzyk z serem:
— Zjedz, żeby ci się nie zakręciło w głowie.
Wzięła kawałek, choć nie miała ochoty się sprzeczać. Na szczęście Igor Wiktorowicz okazał się człowiekiem z wyczuciem i więcej nie proponował alkoholu.
— Moje dzieci są mądre, dobre — kontynuował, nieco smutno. — Ale też chciwe, co tu ukrywać. Cały czas rywalizują: kto więcej zarobi, czyja firma jest większa.
A ja im mówię: «Na co wy tracicie życie? Jesteście rodzeństwem, bliższych sobie nie macie.» A oni tylko się śmieją, machają ręką. Jak mnie nie będzie, kto im zostanie?
Vitalina słuchała uważnie, coraz lepiej rozumiejąc, dlaczego inne opiekunki nie potrafiły wytrzymać.
Igor Wiktorowicz najwyraźniej lubił mówić, ale nie każdemu starczało cierpliwości, by wysłuchiwać jego długich rozważań o życiu.
— Tak czy inaczej… dzieci to radość — dodał zamyślony, jakby do siebie.
Kiwnęła głową, posprzątała ze stołu i wyszła z pokoju.
Choć czuła się trochę zmęczona, wiedziała, że robi coś ważnego. Ich rozmowy, może nawet były równie potrzebne Igorowi Wiktorowiczowi, jak opieka.
Łatwo było jej opiekować się tym starszym mężczyzną. Przypominał jej ojca, którego straciła, gdy była jeszcze dzieckiem.
Wspomnienia o nim były mgliste. Vitalina pamiętała, jak kupował jej słodycze w cukierni i zabierał na spacer aż na końcowy przystanek tramwajowy.
Teraz, patrząc na Igora Wiktorowicza, Vitalina nieświadomie wyobrażała sobie, jaki mógłby być jej ojciec, gdyby dożył starości.
To ciepłe uczucie, pomieszane ze wspomnieniami o ojcu, przeniosła na swojego podopiecznego, starając się otoczyć go troską i uwagą.
Liza również dorastała bez ojca, ale przyczyna była znacznie bardziej prozaiczna. Jej ojciec, kierownik oddziału chirurgicznego, pewnego dnia po prostu zniknął.
Wyjechał, nie zostawiając ani kartki, ani żadnego wyjaśnienia, i nigdy więcej się nie odezwał…
Gdy Igor Wiktorowicz skończył mówić i zaczął się męczyć, Vitalina ostrożnie poprawiła mu koc, włączyła nocną lampkę i posprzątała ze stołu.
Nie chciała, by te długie rozmowy o życiu stały się codziennym nawykiem.
Jednak, zbierając naczynia, uśmiechając się pomyślała, że były główny lekarz miał rację: jedna lampka koniaku naprawdę mu nie zaszkodziła.
Następnego dnia był wyjątkowo pełen energii. Wezwał nawet Lizę i długo opowiadał jej bajki.
Dziewczynka była zachwycona — nikt nigdy nie opowiadał jej tylu historii. Kiedy mieszkały na wsi, mama pracowała w ośrodku i często wracała późno.
Lizę odbierano z przedszkola, a czasami nie robiła tego mama, lecz sąsiadka, ciocia Galia.
Wieczorami Vitalina po pracy gotowała w kuchni, zajmowała się domem i była tak zmęczona, że kładąc się obok córki, zasypiała prawie od razu.
A Igor Wiktorowicz okazał się skarbnicą bajek. Opowiedział Lizie, że jego babcia była pisarką i kiedyś pisała bajki dla dzieci.
Pewnego dnia, podczas spaceru po rezydencji, nagle poprosił:
— Zawieź mnie do oficyny.
Vitalina milcząco poprowadziła jego wózek do budynku i zatrzymała się przy wejściu.
— Chce pan wejść do środka? — zapytała.
Igor Wiktorowicz skinął głową. Dopiero teraz Vitalina zauważyła, że przy wejściu do oficyny nie ma schodów — zamiast nich jest starannie wykonany podjazd.
Otworzyła drzwi, a on uważnie rozejrzał się wokół.
— Jak ci się tutaj podoba? Wygodnie? — zapytał.
— Bardzo wygodnie i spokojnie.
— Wiesz, że tę oficynę budowali dla mnie? — uśmiechnął się smutno. — Kiedyś moje dzieci pokłóciły się tak bardzo, że nie wytrzymałem.
Wtrąciłem się i powiedziałem, że nie chcę więcej słyszeć ich krzyków. Potem zażądałem, albo zgoda, albo osobny domek dla mnie. Wybór padł na drugie.
Od tego czasu nie było już takich strasznych kłótni. Domek dokończono i wiesz co… cieszę się, że teraz mieszkają tu takie dobre dziewczyny jak ty.
Zamilkł na chwilę, a potem zapytał:
— A co z twoim domem? Dlaczego tu trafiłaś?
Vitalina opowiedziała mu o powodzi, która zniszczyła ich dom, i o niewielkiej kwocie odszkodowania, którą otrzymali od władz. Igor Wiktorowicz zamyślił się. Do wieczora był pogrążony w myślach i już nic nie mówił.
Następnego dnia zwrócił się do Vitaliny:
— Słuchaj, mam dla ciebie propozycję.
— Bardzo się do was z córką przywiązałem. Lizunia stała się moją prawdziwą wnuczką — taką troskliwą, taką wdzięczną. Gdy słucha bajki, poprawia mi poduszkę, podaje wodę.
I zawsze mówi: „Dziękuję za bajkę”. Złote dziecko! Ale cały czas myślałem: jak mnie nie będzie, gdzie się podziecie?
W rezydencji mamy wystarczająco pracowników, nikogo zwalniać nie planujemy. Ale mam domek w Sobolewce.
Nawet moje dzieci o nim nie wiedzą — kupiłem go niedawno, myślałem, że zrobię z niego działkę. Wokół piękne tereny… wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będę żył w tym majątku.
Ale postanowiłem, że go wam przekażę. Nie martw się, to nie jest zapomniana wieś, jest tam ambulatorium, blisko do centrum.

Myślę, że pracy tam nie zabraknie. To wszystko, co mogę zrobić dla was z Lizunią, żeby nie nastawiać dzieci przeciwko wam. Jutro przyjedzie notariusz, załatwimy sprawy.
Vitalina nie mogła wydusić słowa.
Ten człowiek, którego wszyscy zapewniali, że wkrótce wróci do zdrowia i znów będzie rządzić w majątku, trzeźwo ocenił swój stan i szykował się do śmierci.
A przy tym myślał nie tylko o swoich dzieciach, ale i o obcej rodzinie. Nagle poczuła wstyd. W pierwszych dniach znajomości wydawał jej się zbyt gadatliwy i natarczywy.
Jesienią zdrowie Igora Wiktorowicza gwałtownie pogorszyło się. Odmówił masażu, połowy leków i diety.
Pociąg zatrzymał się na małej stacji Sobolewka, otoczonej gęstym lasem. Wychodząc na peron, Vitalina poczuła ostry zapach wilgotnych igieł, budzących się ze snu zimowego.
W dole, pomiędzy wzgórzami, nad rzeką lub jeziorem snuł się gęsty mgły. Las otaczał stację ze wszystkich stron.
Znalazła się na szerokiej leśnej drodze. Przy zakręcie Vitalina zauważyła drogowskaz z napisem „Daczy” i skręciła w tę stronę. Osada żyła swoim porannym życiem.
Kobiety w lekkich chustkach grzebały w ogródkach, dzieci budowały piaskowe zamki przy podwórkach, a babcie, siedząc na ławkach, coś omawiały, podjadając pestki.
Zbliżając się do jednej z kobiet, Vitalina zapytała o drogę. Otrzymała dokładne wskazówki, a po kilku minutach stała już przed dużym domem z dwoma wejściami.
— Cóż za domek na wsi! — szepnęła, zdziwiona rozmiarami budowli. — Tu spokojnie zmieszczą się dwie rodziny.
Odsunęła stary rygiel na bramie i weszła na podwórze.
Trawa nie była koszona od zeszłego lata, w niektórych miejscach widać było oznaki zaniedbania, ale ogólnie przestrzeń sprawiała przyjemne wrażenie.
Na podwórzu znajdowały się różne zabudowania gospodarcze, mała studnia i stara altanka. Vitalina przypomniała sobie, że klucz powinien być schowany w szczelinie pod framugą drzwi.
Szybko go znalazła i weszła do środka.
Kuchnia, salon, dwie sypialnie — wszystko było urządzone solidnymi, choć nieco przestarzałymi meblami. W szafkach znalazła naczynia, pościel i sztućce — wszystko, co potrzebne do życia.
Jedynym problemem było brak wody w domu, ale zawór znajdował się na podwórzu w murowanej studzience.
Po szybkiej kontroli Vitalina upewniła się, że wodę można podłączyć bez większych trudności.
Zaglądając na sąsiednie podwórko, zauważyła, że wszystko wyglądało tam zadbane: ziemia była starannie zamieciona, a rabaty kwiatowe były założone z miłością.
— Chyba mam już sąsiadów — mruknęła do siebie, po czym krzyknęła: — Hej, gospodarze!
Zza rogu dobiegł hałas, a potem ukazała się postać mężczyzny.
— Kto tam? — odezwał się głos.
— To ja… twoja nowa sąsiadka — ledwo wydusiła z siebie, rozpoznając mężczyznę… ojca Lizy. — Sergey?! Co za zbieg okoliczności!
Przed nią stał rzeczywiście on, a jego twarz wyrażała podobne zdumienie.
— Vita? Co za spotkanie! — zaśmiał się, ale zaraz poważniał. — Jak się tu znalazłaś?
— Z testamentu — odpowiedziała krótko.
— Testament? Poczekaj, z drugiej strony ogrodzenia jest brama. Wejdź, porozmawiamy.
Ominęła dom, prawie wpadając na niego przy bramie.
— Kuprianowa, zawsze mnie zaskakiwałaś, ale tym razem przebiłaś samą siebie! Co ty robisz w moim domu? — zapytał z lekkim uśmiechem.
— W twoim domu?! — zapłonęła, ale zamiast się spierać, wyjęła testament i zaczęła go głośno czytać.
Sergey uważnie słuchał. Kiedy doszła do słów „część domu”, uniósł palec do góry i uśmiechnął się.
— No cóż, wychodzi na to, że jesteśmy równymi spadkobiercami! — stwierdził.
— Nic nie rozumiem — mruknęła Vitalina.
— A ja chyba wszystko rozumiem. Ty zdobyłaś ten testament ciężką pracą, a ja — pokrewieństwem. Zresztą, jestem starszym synem Igora Wiktorowicza, choć nieślubnym. Teraz rozumiesz?
Vitalina cofnęła się, opierając o ścianę domu.
— Więc byłam opiekunką swojego niezamężnego teścia?
— Wygląda na to. Pytasz, skąd wiem? Z dzieciństwa. On często przychodził do naszej kawalerki z kwiatami i cukierkami, próbował przeprosić mamę.
Była dumna, nie wybaczała. A potem, kiedy pracowaliśmy razem, kupił ten dom i powiedział, że część dostanie mnie. Gdybym się ożenił i dał mu wnuków, to by mi cały dom przepisał.
— Teraz wszystko jasne — westchnęła.
Opowiadał jej dalej, jak udało mu się ułożyć spokojne życie na wsi, ale Vitalina niemal wcale go nie słuchała, jakby była w mgle. Dzień okazał się prawdziwym wirusem niespodzianek.
To, że był synem Igora Wiktorowicza, którego szanowała i nawet kochała jak ojca, wstrząsnęło Vitaliną. Jak teraz żyć z sąsiadem, który, jak się wydaje, ma wrogie nastawienie?
Sergey tymczasem wyciągnął testament z jej rąk i, przelatując oczami po tekście, uśmiechnął się.
— W przypadku jej śmierci wszystko przechodzi na córkę Kuprianowej, Elizavetę Sergeevną… Poczekaj, co? Ty chcesz powiedzieć, że to moja córka?
Vitalina poczuła dreszcz. Uniosła podbródek i, patrząc mu prosto w oczy, odpowiedziała:
— Chyba nie powiedział ci nikt, że masz córkę? Dobry ojciec.
On pobledł, jego wargi zadrżały, a spojrzenie miotało się między gniewem a zagubieniem.
— Dlaczego sama mi o tym nie powiedziałaś? — wyszeptał.
— Bo ty, szanowny Sergey Igroryeviczu, uciekłeś z naszego oddziału jak prawdziwy Anglik — cicho, niezauważenie, bez wyjaśnień.
Zmarszczył brwi, ale po chwili jego twarz złagodniała.
— Posłuchaj, Vita… — Nagle zwrócił się do niej po imieniu, co ją zdziwiło. — Tak, jestem łajdakiem.
Oczywiście, że mnie poinformowali, że jesteś w ciąży. Ale wtedy… wtedy myślałem tylko o swojej karierze, o pracy naukowej. Wiesz, zawsze o tym marzyłem.
— I jak? — zapytała zgryźliwie. — Jak twój ucieczka pomogła twojej naukowej karierze?
— Wcale nie pomogła. Dopiero jak się osiedliłem, jak objąłem oddział w szpitalu…
A potem wszystko się potoczyło: pasieka, życie na wsi. Wiesz, tu to prawdziwy raj. Powietrze, zapachy, ptaki śpiewają rano.
Nigdy nigdzie nie czułem się tak spokojnie. Ale mama kategorycznie odmawia przeprowadzki.
Mówi, że nie potrzebuje „ojcowskich darów” i jest zadowolona z naszej kawalerki. Więc jestem tu zupełnie sam.
— A gdzie twoja rodzina? — spytała, zerkając na niego podejrzliwie.
— Rodzina? Chyba wszystkim nam nie dane jest rodzinne szczęście.
Vitalina nagle zaczęła się zastanawiać. Rzeczywiście wydawali się tacy różni.
On – pogrążony w swoich sprawach, ona przyzwyczajona do rozwiązywania wszystkiego sama. Ale czemu żadne z nich nie miało rodziny? Czy to dziedziczne?
— Gdzie jest Liza?
— Nie martw się — odpowiedziała spokojnie. — Jest w bezpiecznych rękach.
— Więc naprawdę moja córka… — powiedział, uśmiechając się.
— Okazuje się, że prawie spełniłem warunek ojca: dałem mu wnuczkę. Teraz tylko muszę przekonać Kuprianową, by została moją żoną i żyła ze mną. Jak myślisz, zgodzi się?
— Nie wiem — odpowiedziała z uśmiechem. — Wszystko zależy od twojego zachowania.
Vitalina już była pewna: Liza pokocha swojego spóźnionego ojca, jeśli będzie się odpowiednio zachowywał. Jest dobrą dziewczynką.
Po sześciu miesiącach wzięli ślub. Na uroczystości pojawiła się nie tylko Liza, ale także inne dzieci Igora Wiktorowicza.
Choć droga do tego była trudna, nowy etap życia obiecywał prawdziwe szczęście dla całej rodziny.







