— Synku, co się stało? Twarz jakby zakryła burzowa chmura! — ojciec zamknął drzwi i przyjrzał się Romanowi, który stał przy oknie.
Chłopak nagle się odwrócił, jego broda drgnęła w próbie stworzenia uśmiechu.
— Oczy kłamią! Jeśli nie jesteś gotowy, przestań udawać. Małżeństwo to nie kajdany, żeby je ciągnąć na siłę…
— Wszystko… w porządku — głos Romana brzmiał jakby przykryty popiołem. — Przecież sam wyjaśniłeś: ten związek to krok dla firmy.
Czy ja mam prawo się sprzeciwiać? Mama wierzy, że… przyzwyczaję się.
— Przełknął, nerwowo bawiąc się obrączką w kieszeni. — Wika… ona jest dobra.
Daj mi czas — nauczę się być jej mężem. Chociażby… jak ty dla mamy.
Nikolaj Maksymowicz ściśnął nos, jakby próbując powstrzymać falę winy. Biznes?
Tak, te transakcje raz rosły, raz upadały, jak domki z kart.
Więzy rodzinne mogłyby stać się kotwicą w burzliwym morzu konkurencji… Ale czy syn to tylko moneta wymienna?
Jednak Roman przyszedł do niego miesiąc temu — blady, z cieniem w oczach, jakby ktoś wypalił w nich promienie słońca.
«Zgadzam się. Na Wikę.» Nie wyjaśnił, nie prosił o radę. Tylko gorzki posmak na kącikach ust zdradzał prawdę.
— Nie martw się, tato. Na ceremonii będę się uśmiechać jak szczęśliwy narzeczony. Nawet mama nie zauważy — głos Romana brzmiał zbyt płasko, jak nagranie z zakłóceniami.
Ojciec milcząco wyszedł, zostawiając syna samego z ciężkimi zasłonami i tykającymi zegarami. Roman oparł głowę na dłoniach, wspominając, jak Lida rozdarła jego świat na kawałki.
«Pomyliłam się. Ty… ty jesteś tylko przyjacielem.» Bez łez, bez drżenia — tylko zimny wzrok nad filiżanką cappuccino.
A potem — inny mężczyzna, jej śmiech w słuchawce…
Serce zacisnęło się w kłębek, jakby klatkę piersiową wypełniło stłuczone szkło.
«Miłość to mit. Wika przynajmniej jest szczera.» Dziewczyna, która karmiła bezdomne koty i budowała schronisko dla staruszków.
Która, dowiedziawszy się o jego «umowie», tylko podała rękę: «Spróbujmy nie kłamać, przynajmniej sobie.»
Pod bramą posiadłości czarny kot przebiegł pod koła limuzyny, wzbijając wir opadłych liści.
— To złe omen! — westchnęła ciotka w fioletowym turbanie.
Roman zaśmiał się fałszywie: — Może ma białe skarpetki? — Żart zawisł w powietrzu, jak przekłuty balon.
Luksusowa rezydencja, girlandy, ksiądz z pozłacanym krzyżem… Wszystko to wydawało się teatralną dekoracją. «Ślub po to, by uzyskać Boże błogosławieństwo? Ironiczne.»
Złapał wzrok Wiki przez welon — ciepły, bez wyrzutów. Wiedziała. Wiedziała, że wciąż trzyma w kieszeni zmiętą biletu do Petersburga, do którego nigdy nie pojechali z Lidą.
— Obiecuję… stać się tym, kim zasługujesz — wyszeptał przy ołtarzu, unikając słowa «kocham».
— A ja nauczę się nie czekać na bajki, — jej palce zadrżały w jego dłoni.
— Młoda para, — głos teściowej zabrzmiał jak dzwon kieliszka, — nasza rodzina wierzy: płomień lampy spala ciężar przeszłości.
Zapalcie je — niech popiół wątpliwości uniesie wiatr.
Roman zapalił zapalniczkę, patrząc, jak ogień pożera papier.
«Zniknij, Lido. Rozpłyń się jak ten wosk.» Przypomniał sobie jej palce wplecione w jego włosy, szept: «Na zawsze, prawda?»
— Hej, wy! — nagły krzyk sprawił, że drgnął.
Wika stała, jak lodowa statua. U jej nóg dymił gasnący lampion, a przed nią stał starzec w płaszczu przesiąkniętym zapachem deszczu i przejść podziemnych.
— Kto wpuścił tę brudną postać w mój idealny dzień? — teściowa machnęła rękami, jakby odpędzała wrony.
— Wyrzućcie go! Natychmiast! — Wika krzyknęła przeraźliwie, a Roman zauważył, jak trzęsie jej broda.
Dziwne. Ta, która tydzień temu karmiła bezdomnego psa przy metrze, teraz zaciskała pięści, jakby gotowa uderzyć.
Dwaj mężczyźni w smokingu chwycili starca. Wykręcił się, odsłaniając żółty sweter pod rozdartym marynarką. «Tata…»
Zamigotało w głowie Romana. Sweter ojca, zgubiony rok temu.
— Pozwólcie! — starzec złapał za bramę, — Narzeczony! Zapytaj ją o…
Wika wbiła paznokcie w nadgarstek Romana: — Jest pijany! Nie słuchaj go!
Ale starzec już zniknął za ogrodzeniem, zostawiając w powietrzu woń taniego wody kolońskiej. Tego samego, który Lida podarowała Romanowi na rocznicę.
— Widziałeś… jego twarz? — Roman próbował wyswobodzić rękę.
— Twarz? — Wika zaśmiała się za głośno, — Bezdomni nie mają twarzy.
W jej oczach, zazwyczaj miękkich jak akwarela, błysnęły kawałki szkła.
Roman nagle przypomniał sobie, jak miesiąc temu «przypadkowo» rozdeptała telefon Lidy, «gubiąc» wszystkie wiadomości. «Czy wybrałem zimę zamiast lata?»
— Jakbyś się zmieniła, — głos Romana zabrzmiał ciężko, jakby przez watową barierę.
Próbował wyswobodzić rękaw, ale paznokcie Wiki wbiły się w materiał, zostawiając półksiężyce na aksamicie. — Ten człowiek… on coś wie. Czuję to.
— Rejestracja za dwadzieścia minut! — Wika szarpnęła go do siebie, a broszka na jej kołnierzu błysnęła zimnym światłem.
— Jeśli wyjdziesz za bramę — spalę wszystko! I siebie też!
Roman szarpnął się nagle, a guzik z munduru z brzękiem potoczył się po płytkach.
Tik-tak-tik — dźwięk zlał się z tykaniem kieszonkowych zegarków dziadka, które nagle mu się przypomniały.
— Twoja dobroć… była maską? — cofnął się, patrząc, jak cień od łuku dzieli jej twarz na kawałki.
— Anulujemy ślub! — jej krzyk wzniósł stado gołębi z dachu. — Słyszysz?! ANU-LU-JE-MY!
Ale on już szedł przez rząd gości, czując na ustach metaliczny posmak.
Przy bramie starzec siedział, obejmując kolano — na spalonej dłoni świeciła rana w kształcie półksiężyca. Jak ślad po jej paznokciach.
— Mówcie szybciej, — Roman ukląkł, a zapach taniego lotionu uderzył go w nos. Ten sam. Z prezentu od Lidy.
— Lido… — starzec wyjął z kieszeni zmiętą kopertę. Wewnątrz — zdjęcie: on i Lida śmieją się przy fontannie, a na odwrocie drżące słowa:
«Przepraszam. Grozili, że odwołają operację dla taty…»
Ziemia zawirowała. Gdzieś za plecami krzyczał teść: «Zdraźca! Bestia!», ale słowa tonęły w szumie, jakby Roman zanurkował pod wodę.
— Mówili… że ona jest w ciąży? — przełknął ślinę, wspominając, jak Wika miesiąc temu «zgubiła» test w jego mieszkaniu.
Jak uporczywie poprawiała welon przed lustrem, powtarzając: «Rodzina to jak projekt biznesowy. Potrzebny pewny aktyw.»
Sure, here’s the translated text in Polish:
Starzec dotknął jego ręki – na małym palcu niebieska plama. Jak u Lidy po pracy w drukarni.
— Do samochodu! — Roman rzucił się do przodu, zdejmując wstążkę z maski. Wstążka zaczepiła się o gałąź, rozsypując płatki róż. „Kwiaty są sztuczne” – absurdalna myśl przemknęła mu przez głowę.
— Wracaj! — ojciec Wiki warczał, jak zapędzona dzika świnia, — Albo twój tata zostanie bez kontraktu z naftowcami!

Roman zatrzymał się, słysząc skrzypienie hamulców. Z taksówki wyszła Lida — w zwykłej sukience, z walizką. Jej oczy spotkały jego wzrok, a czas skurczył się do punktu.
Nikolaj Maksymowicz milcząco ścisnął synowi ramię – tak mocno, że guzik na marynarce wbił się w dłoń.
„Rozwiążemy to”, — to słowo zawisło w powietrzu gęstym dymem, mieszając się z zapachem aptecznych serwetek i benzyny.
Po drodze gruntowej, wijącej się między czarnymi słonecznikami, Roman pędził samochód, słysząc za plecami przerywane oddychanie starca.
Ten sapał, jakby w jego piersi tkwiła pozytywka z pękniętymi strunami.
— Trzymajcie się! — krzyknął Roman, wbiegając w zakręt.
W lusterku błysnął niebieski szalik na szyi dziadka — dokładnie taki sam, jaki miał jego ojciec w dniu ich ostatniego wędkowania.
W przyjęciu na oddziale zegary odmierzały sekundy głuchymi uderzeniami.
Lida biegała między ścianami, zostawiając na linoleum ślady mokrych butów. Jej matka, zwinięta w kłębek na plastikowym krześle, szeptała modlitwę, przekładając paciorki z pękniętą koraliką.
Kiedy chirurg wyszedł, zdejmując rękawice z palców, jakby zdejmował zakrwawioną skórę, wszyscy zamarli.
— Żyje… — lekarz machnął ręką, a Lida upadła na kolana, upuszczając telefon na podłogę. Na ekranie — setka nieodebranych połączeń od Wiki.
Roman podszedł, ostrożnie, jak do rannego ptaka, obejmując ją za ramiona. Wcisnęła się w jego pierś, zostawiając na koszuli mokre gwiazdy łez.
— Twoja narzeczona… — zaczęła Lida, ale on przerwał:
— Była. — Jego palce natrafiły na bliznę na jej nadgarstku — ślad po oparzeniu, które miała w kawiarni podczas ich pierwszej randki.
„Czajnik wybuchł, a ja nawet nie zauważyłam, patrząc na ciebie” — śmiała się wtedy.
Opowiedział wszystko: fałszywy test ciążowy, groźby związane z operacją. Lida zachłysnęła się:
— Przyszli do mnie ze zdjęciami dziadka na korytarzu szpitalnym.
Powiedzieli… że jeśli nie odejdę, jego imię zniknie z listy. A potem — o „twojej ciężarnej narzeczonej”. Uwierzyłam…
Po tygodniu na sali pachniało miętowymi cukierkami i nadzieją. Dziadek, podłączony do monitorów, drżącą ręką wskazał na Romana:
— Gniazdo żmij już ominąłeś, wnuczku. Rodzice Wiki — jak te szczury w porcie: gryzą podpory, dopóki same nie runą do wody.
Miał rację. Próba sabotażu kontraktów Nikolaja Maksymowicza skończyła się głośnym skandalem.
W biurze rodziny Wiki teraz świeciły pieczęcie komorników, a na biurku ojca leżał list z jedną frazą: „Samolot, który wysłaliście, wylądował w waszym gabinecie”.
— Bumerang — uśmiechnął się Nikolaj, pijąc herbatę z lipowym miodem od mamy Lidii. — Ciekawe, czy zdążyli usłyszeć świst przed uderzeniem?
O świcie Roman jechał już inną drogą — do domu, gdzie Lida hodowała róże i wierzyła w cuda.
W schowku dzwoniły klucze od nowej kliniki, którą Nikolaj Maksymowicz zbudował zamiast „korzystnego połączenia”.
Na tylnym siedzeniu dziadek chrapał, ściskając w pięści bilety na pociąg — prezent dla wnuków.
— Wenecja poczeka — szepnęła Lida, kładąc rękę na dźwigni zmiany biegów. — Najpierw naucz się jeździć bez sprzęgła.
Jej śmiech brzmiał jak te same latarenki, których nie udało się wtedy zabrać z sobą w przeszłość.







