— Aneczka, tylko się nie przestrasz — odezwał się przytłumiony głos cioci Tomy z czterdziestego czwartego mieszkania, jakby przyciskała telefon do samych ust.
— Twoja teściowa z córką i jakimś mężczyzną właśnie wyłamują wam drzwi.
Mówię im, co oni wyprawiają, a Nina Pawłowna twierdzi, że zgubiła klucze i pilnie muszą zabrać meble dla Maksimka, póki jesteś w pracy. Ten facet już stoi z łomem!
Palce Anny mocniej zacisnęły się na plastikowej obudowie telefonu. Jej własne, odziedziczone po babci dwupokojowe mieszkanie. Maksim wprowadził się tam trzy lata temu z jedną walizką.
Od tamtej pory Nina Pawłowna ani razu nie przepuściła okazji, by nazwać to mieszkanie „gniazdkiem naszego Maksimka”.
Anna znosiła to wszystko w milczeniu, żeby podtrzymać iluzję normalnego małżeństwa, uśmiechała się na rodzinnych spotkaniach, gdy teściowa po gospodarsku przestawiała naczynia w jej kuchni albo krytykowała zasłony.
Ale żeby wyłamywać drzwi? Kraść meble?
— Ciociu Toma, proszę nigdzie nie odchodzić. Proszę ich pilnować i patrzeć, co wynoszą — głos Anny był chłodny i wyrachowany.
Rozłączyła się. Ktoś inny na jej miejscu pewnie pobiegłby do domu z krzykiem i łzami, błagając albo kłócąc się, by odzyskać swoje rzeczy. Ale Anna tego nie zrobiła.
Otworzyła klawiaturę i zdecydowanie wybrała numer policji.
— Dyżurny, słucham.
— Dzień dobry. Na ulicy Stroitelej, dom piętnaście, mieszkanie czterdzieści dwa, właśnie dochodzi do nielegalnego wtargnięcia.
Kilka osób wyłamuje zamek. Jestem właścicielką, jestem teraz w pracy. Sąsiadka wszystko widzi. Proszę wysłać patrol.
Dyspozytorka szybko doprecyzowała dane i poleciła Annie wracać do domu, ale nie wchodzić w konflikt.
Anna narzuciła płaszcz, rzuciła szefowi krótkie wyjaśnienie z powodu spraw rodzinnych i zamówiła samochód. Gdy auto przeciskało się przez korki, w jej głowie kłębiły się myśli. Dla kogo zabierają meble?
Dla Oksany? Niedawno kupiła mieszkanie i narzekała, że nie ma na czym spać. A Maksim? Wiedział o tym? Jeśli wiedział i pozwolił matce okradać własną żonę — to koniec wszystkiego.
Kiedy samochód skręcił na podwórko, Anna zobaczyła radiowóz z włączonym kogutem i stojącego obok starego busa. Przy wejściu nerwowo palił papierosa mąż Oksany, Oleg. Gdy zobaczył Annę, zakrztusił się dymem i cofnął się.
Anna minęła go bez słowa. Drzwi do mieszkania były szeroko otwarte. Górny zamek wisiał wyrwany, drewno było roztrzaskane. Na korytarzu unosił się zapach obcego potu i tanich perfum teściowej.

Widok w środku był groteskowy. Na środku salonu stała ogromna, droga beżowa kanapa, którą Anna kupiła za własne pieniądze. Nina Pawłowna kurczowo się jej trzymała, próbując ją przesunąć.
Obok stał policjant w średnim wieku o zmęczonej twarzy i coś notował. Młody sierżant zastępował drogę Oksanie, która ściskała cudzy ekspres do kawy.
— Proszę mnie puścić! — krzyczała teściowa. — To mieszkanie mojego syna! Mam pełne prawo zabrać jego rzeczy! Oksanie bardziej się przydadzą, a ta mysz sobie kupi nowe!
— Dzień dobry — powiedziała głośno Anna. — To ja wezwałam policję. To moje mieszkanie.
Nina Pawłowna odwróciła się, jej twarz wykrzywiła się ze złości.
— No proszę, przyszła! Okradasz męża, a jeszcze policję na nas wzywasz?! Maksim wszystko kupił! Bierz pudełko, Oksana!
— Czy ma pani dokumenty własności? — zapytał policjant Annę.
Anna pokazała dokumenty w telefonie. Policjant skinął głową.
— Mieszkanie należy wyłącznie do Anny Nikołajewny Smirnowej. Wtargnęli państwo nielegalnie.
W tym momencie Nina Pawłowna straciła panowanie nad sobą i rzuciła się na Annę. Sierżant natychmiast ją obezwładnił. Rozległo się kliknięcie kajdanek.
— Napaść i chuligaństwo — powiedział policjant.
Kolejne minuty minęły jak we mgle. Oksana płakała, teściowa krzyczała, w końcu całą trójkę zabrano. Anna pojechała za nimi na komisariat.
Było tam chłodno, pachniało papierem i środkiem dezynfekującym. Anna wyliczała szkody. Po pół godzinie wbiegł Maksim.
— Mamo! Co się stało?!
— Twoja żona chce nas wsadzić do więzienia!
Maksim podszedł do Anny.
— Zwariowałaś?! To miała być niespodzianka!
Anna spojrzała na niego chłodno.
— Z łomem?
— Wycofaj zgłoszenie!
— Nie. Pokryjecie szkody.
— Jesteśmy rodziną!
— Już nie.
Wrócili do domu. Maksim się pakował. Wściekał się, Anna tylko patrzyła.
Wtedy pojawiła się młoda kobieta z wózkiem dziecięcym.
— Maksim? Powiedziano mi, że dziś się tu wprowadzamy… Gdzie jest kanapa?
Maksim zbladł.
Anna spojrzała na niego, a potem się roześmiała.
— Wejdź. Zabierz go ze sobą. Ale kanapa jest teraz dowodem w sprawie.







