Czerwona szminka
Mieszkaliśmy w jej mieszkaniu. A właściwie — w mieszkaniu Alli Pietrowny, mojej teściowej.
Z Wadimem nie dorobiliśmy się jeszcze własnego kąta. Kredyt hipoteczny, który wzięliśmy dwa lata wcześniej, utknął na etapie „zaakceptowany, ale pieniędzy brak”.
Ja pracowałam zdalnie w call center. Nie zarabiałam kokosów, ale dokładałam się do rachunków, kupowałam jedzenie, a czasem pożyczałam nawet teściowej pieniądze, kiedy przed emeryturą brakowało jej do pierwszego.
A mimo to dla niej byłam tylko kobietą siedzącą w słuchawkach i „udającą pracę”.
Jedyną kolorową rzeczą w moim życiu była czerwona szminka za dwieście rubli, kupiona tydzień wcześniej na bazarze.
Każdego ranka przed rozpoczęciem rozmów z klientami malowałam nią usta.
To był mój mały rytuał.
Moja chwila dla siebie.
Alla Pietrowna jej nienawidziła.
— Fuj — krzywiła się za każdym razem, gdy wychodziłam do kuchni po herbatę. — Wyglądasz jak kobieta lekkich obyczajów. Wadim, ty widzisz, jak twoja żona się maluje?
Wadim zazwyczaj nawet nie podnosił wzroku znad telefonu.
Pracował jako taksówkarz, wracał późno i był zmęczony. Po całym dniu chciał tylko ciszy.
Tyle że w naszym domu ciszy nie było.
Była Alla Pietrowna.
I moja szminka.
Pewnego wieczoru zmywałam naczynia. Wadim pojechał na nocną zmianę, więc zostałyśmy same.
Teściowa siedziała przy stole, popijała herbatę i obserwowała, jak szoruję patelnię.
— Wiesz, ile kosztuje ta twoja farba? — zapytała nagle.
— Dwieście rubli.
— Za te pieniądze można kupić kawałek porządnego mięsa. A nie te wasze kiełbaski.
— Kupiłam ją za własne pieniądze — odpowiedziałam spokojnie.
Alla prychnęła.
— Za własne? A kto płaci za twoją „pracę”?
Zawahałam się.
— Ja pracuję.
— Mój syn przynosi pieniądze do domu, a ty siedzisz w słuchawkach, coś tam gadasz i jeszcze się malujesz.
Nic nie odpowiedziałam.
To było jej ulubione narzędzie.
Umniejszanie.
Zarabiałam mniej od Wadima, to prawda. Ale nie siedziałam bezczynnie. Płaciłam za zakupy, rachunki i część opłat. Kiedy teściowej brakowało pieniędzy przed emeryturą, też nie odwracałam się od niej plecami.
Tylko że dla niej moje pieniądze zawsze były „groszami”, a jej syn był jedynym żywicielem rodziny.
Kilka dni później wróciłam z jedynego w tygodniu dnia w biurze.
Byłam wykończona. Bolały mnie stopy, marzyłam tylko o prysznicu i łóżku.
Zdjęłam buty w przedpokoju.
I wtedy zobaczyłam moją szminkę.
Leżała na szafce, cała pokryta białymi smugami.
Alla Pietrowna stała obok i pocierała nią zabrudzoną powierzchnię drzwiczek szafy.
— Co ty robisz?!
Spojrzała na mnie spokojnie.
— O, twoja maź? Wywabiałam nią plamę.
Zamarłam.
— To była moja szminka.
— No i co? Kupisz sobie nową. Za swoje pieniądze.
To ostatnie powiedziała z taką pogardą, że aż zacisnęłam zęby.
Wieczorem opowiedziałam wszystko Wadimowi.
Leżał na kanapie z zamkniętymi oczami.
— Natka, mama jest stara. Kupisz nową. Naprawdę robisz aferę o dwieście rubli?
— Nie chodzi o szminkę.
— To o co?
— O to, że ona mnie poniża.
Wadim westchnął.
— Ona chce dla ciebie dobrze. Po prostu przestań się tak mocno malować. Nie będzie problemu.
„Przestań”.
Tak po prostu.
Spojrzałam na człowieka, za którego wyszłam pięć lat wcześniej.
I po raz pierwszy pomyślałam:
On nie stoi po mojej stronie.
Stał dokładnie pośrodku.
Tam, gdzie było mu najwygodniej.
Niedługo potem przyjechali goście — siostra Alli Pietrowny z mężem.
Od rana sprzątałam, gotowałam i nakrywałam do stołu. Nikt nawet nie zaproponował pomocy.
Założyłam swoją ulubioną sukienkę.
I oczywiście pomalowałam usta na czerwono.
Usiadłam przy stole.
Alla Pietrowna spojrzała na mnie, uśmiechnęła się do gości i rzuciła:
— Nasza synowa to prawdziwa artystka! Cała się świeci. Do teatru powinna iść, a nie do call center. Wadim, kup jej kiedyś bilet. Niech sobie popatrzy na prawdziwe aktorki.
Wszyscy się roześmiali.
Wszyscy oprócz mnie.
Uśmiechnęłam się jednak, bo nie chciałam dać jej satysfakcji.
Ciotka Galina podjęła próbę ratowania sytuacji:
— Alla, daj dziewczynie spokój. Maluje się i dobrze. Młoda jest.
Teściowa prychnęła.
— Młoda? W jej wieku ja już męża na ludzi wyprowadziłam i dom zbudowałam. A ona? Sukienki i szminki.
Wstałam od stołu.
Wzięłam miskę sałatki i poszłam do kuchni.
Czekałam, że Wadim przyjdzie za mną.
Nie przyszedł.
Siedział z matką i jadł kolację.
Kilka dni później pracowałam przy komputerze.
Około piątej wyszłam do kuchni zrobić herbatę.
Miałam słuchawki na uszach.
Nie słyszałam, jak Alla weszła do pomieszczenia.
— Natalia.
Odwróciłam się.
Zdjęłam jedną słuchawkę.
Miałam świeżo pomalowane usta.
Teściowa spojrzała na nie i zacisnęła szczękę.
— Znowu ta ohydna szminka?
Milczałam.
— Ile można, Natalia? Masz trzydzieści pięć lat. Komu ty jesteś potrzebna z takim pyskiem?
Powiedziała to cicho.
Prawie łagodnie.
Ale w jej głosie było coś, czego wcześniej nie słyszałam.
Czysta nienawiść.
I wtedy coś we mnie pękło.
Nie zamierzałam się już tłumaczyć.
Nie zamierzałam przepraszać.
Nie zamierzałam się zmieniać.
Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć.
Alla Pietrowna zrobiła krok w moją stronę.
Chwyciła garnek z wiśniowym kompotem, który rano ugotowała.
I wylała mi go prosto w twarz.
Ciepły, lepki płyn spłynął po włosach, szyi i pod kołnierzyk.
Czerwone krople kapały na jasną bluzkę.
Stałam bez ruchu.
Przez kilka sekund nie byłam w stanie uwierzyć, że naprawdę to zrobiła.
— Żebyś więcej się nie malowała! — wrzasnęła. — Żebym nie musiała patrzeć na to w moim własnym domu! Słyszysz?!
Wytarłam twarz rękawem.
Kompot był ciepły, ale nie parzył.
I właśnie wtedy przestałam się bać.
Wyjęłam telefon.
Wybrałam numer alarmowy.
— Dzień dobry — powiedziałam spokojnie, patrząc teściowej prosto w oczy. — Zostałam zaatakowana. Kobieta wylała mi w twarz gorący napój i mnie obrażała. Proszę przyjechać pod adres…
Alla pobladła.
— Kompot?! Ty jesteś nienormalna?! To tylko kompot! Ciepły!
Nie odpowiedziałam.
— Chcę złożyć zawiadomienie — powiedziałam do telefonu.
Wadim przyjechał godzinę później.
Policjanci sporządzali protokół.
Alla Pietrowna płakała, ściskała chusteczkę i przekonywała wszystkich, że to ona jest ofiarą.
Że jestem histeryczką.
Że sprowokowałam ją pierwsza.
Wadim spojrzał na mnie.
Twarz miałam zaczerwienioną od cukru i wycierania rękawem. Włosy były mokre, bluzka cała poplamiona.

— Co ty zrobiłaś? — zapytał cicho, kiedy policjanci wyszli na korytarz.
Patrzyłam na niego bez słowa.
— To przecież moja matka. Mogłaś po prostu pójść do pokoju. Po co wzywałaś policję?
I wtedy zrozumiałam, że naprawdę nie ma już czego ratować.
— Odchodzę.
— Dokąd?
— Do przyjaciółki.
Zrobił krok w moją stronę.
— Natka…
— Ale ty nie jedziesz ze mną.
Zamilkł.
— Zostajesz tutaj, prawda? — zapytałam. — Bo mama. Bo kolacja. Bo „jest stara”. Bo zawsze znajdziesz powód, żeby jej wybaczyć.
Nie odpowiedział.
Poszłam do łazienki.
Na półce leżała nowa szminka.
Ta sama.
Za dwieście rubli.
Czysta. Nietknięta.
Wzięłam ją i włożyłam do torebki.
To była jedyna rzecz, którą zabrałam ze sobą.
Zamieszkałam u przyjaciółki.
Trzy dni później wynajęłam mały pokój w mieszkaniu komunalnym na obrzeżach miasta.
Złożyłam pozew o rozwód.
Wadim dzwonił bez przerwy.
Najpierw groził.
Potem błagał.
Potem znów powtarzał:
— Mama jest stara. To ty przesadzasz.
Przestałam się tłumaczyć.
Po prostu się rozłączałam.
Alla Pietrowna pisała do mnie w mediach społecznościowych.
„Mam wysokie ciśnienie przez ciebie”.
„Nie chciałam tego zrobić”.
„Sama mnie sprowokowałaś”.
Potem:
„Jesteś bez serca. Dostałam przez ciebie zawału”.
Czytałam.
I nic nie czułam.
Ani złości.
Ani żalu.
Tylko pustkę.
Kiedy przyszłam po swoje rzeczy, Wadim stał przy drzwiach.
Patrzył w podłogę.
Z pokoju dochodził płacz Alli Pietrowny. Głośny, przesadzony, niemal teatralny.
Nie zatrzymałam się.
Wzięłam z szafki swoją czerwoną szminkę.
Tę samą, którą zabrałam tamtego dnia.
Odwróciłam się do Wadima.
— Wiesz, czego nauczyłam się przez te wszystkie lata?
Podniósł wzrok.
— Myślałam, że jeśli będę cierpliwa, stanę się dobrą żoną. Jeśli będę milczeć, tobie będzie łatwiej. Jeśli przestanę się malować, twoja matka w końcu mnie zaakceptuje.
Głos lekko mi zadrżał.
— Myliłam się.
Wadim miał łzy w oczach.
— Ona nie chciała mnie zmienić.
Zrobiłam pauzę.
— Ona chciała, żebym zniknęła.
Wadim spuścił głowę.
— A ty jej na to pozwalałeś.
— Natka… przepraszam.
Pokręciłam głową.
— Za późno.
Wyszłam.
Na zewnątrz był chłodny jesienny wieczór.
Stanęłam w wejściu do klatki schodowej.
Wyjęłam szminkę.
Odkręciłam ją.
I pomalowałam usta.
Tak samo jak każdego ranka przed pracą.
Spojrzałam na swoje odbicie w szybie drzwi.
Uśmiechnęłam się.
Uśmiech był trochę krzywy.
Ale pierwszy raz od dawna był naprawdę mój.
Byłam wolna.
Dziś nadal maluję usta na czerwono.
Codziennie.
A kilka lat później wyszłam za mąż po raz drugi.
Mój mąż przynosi mi rano kawę i całuje mnie w czerwone usta, nawet jeśli oboje jesteśmy spóźnieni.
Lubi ten kolor.
Ale wiecie co?
To wcale nie jest najważniejsze.
Nie chodzi o to, że znalazłam innego mężczyznę.
Chodzi o to, że w końcu znalazłam samą siebie.
Bo nauczyłam się czegoś, czego nie zapomnę już nigdy:
Człowiek, który żąda, żebyś przestała być sobą, aby móc cię „kochać”, nie chce cię kochać. Chce cię kontrolować.
Najpierw zabiera ci szminkę.
Potem sukienkę.
Potem znajomych.
Potem własne zdanie.
Aż pewnego dnia patrzysz w lustro i nie poznajesz kobiety, którą widzisz.
Dlatego czasem najodważniejszą rzeczą, jaką możesz zrobić, nie jest walka.
Jest odejście.
I zabranie ze sobą tego, co ktoś tak bardzo próbował ci odebrać.
W moim przypadku była to mała, czerwona szminka.
Ale tak naprawdę zabrałam coś znacznie ważniejszego.
Siebie.







