„Tamara, znowu zapomniałaś zanieść mamie krople?” – Mąż nie miał pojęcia, że w dniu urodzin jego matki wszystko wyjdzie na jaw
– Tamara, znowu zapomniałaś zanieść mamie krople?
Anufrij powiedział to takim tonem, jakby osobiście spotkała go jakaś straszliwa krzywda.
Stał na środku kuchni w dresowych spodniach, których kolana już dawno poddały się walce z rzeczywistością. W jednej ręce trzymał pilot do telewizora, w drugiej kanapkę z kiełbasą.
Dowódca rodzinnego zaplecza.
Tamara postawiła torby na podłodze. Cztery reklamówki z zakupami, plecak z pracy, osobną torbę z lekami dla teściowej i pudełko pianek marshmallow. Oczywiście dokładnie takich, jakie lubiła Raisa Pawłowna: białych, „Sharmel”, w żółtym opakowaniu.
– Nie zapomniałam. Po prostu jeszcze nie zdążyłam.
– Mama czeka od obiadu! Ma wysokie ciśnienie!
– Anufrij, ja też mam wysokie ciśnienie. Przez ciebie.
Mężczyzna udał, że tego nie słyszy.
Anufrij miał wyjątkowy słuch. Mecze piłkarskie słyszał przez trzy ściany, ale kiedy ktoś prosił go o wyniesienie śmieci, dźwięk najwyraźniej gdzieś po drodze zanikał.
Tę historię opowiedziała mi Natalja, koleżanka Tamary z pracy.
Siedziały obok siebie w księgowości od jedenastu lat, więc Natalja wiedziała o rodzinie Tamary więcej niż jej własny mąż Siergiej wiedział o rodzinie Natalii.
Siergiejowi zresztą zupełnie to nie przeszkadzało.
– Wiesz, co robi Tamara? – zapytała kiedyś Natalja, mieszając plastikowym patyczkiem kawę rozpuszczalną w kuchni biurowej na trzecim piętrze. – Prowadzi zeszyt.
– Jaki zeszyt?
– Zapisuje za każdym razem, kiedy pomaga teściowej.
– Po co?
– Sama nie wie. Mówi, że z przyzwyczajenia. Lubi mieć wszystko udokumentowane.
Zeszyt był zupełnie zwyczajny, w kratkę. Na okładce Tamara starannym pismem napisała:
**„Pomoc dla R. P.”**
Zaczęła go prowadzić w pierwszym roku małżeństwa. Nie ze złości. Po prostu lubiła porządek.
Przez trzy lata uzbierało się w nim sto czterdzieści wpisów.
Sto czterdzieści wizyt u lekarza.
Sto czterdzieści razy:
„Zanieść krople.”
„Kupić jedzenie.”
„Wezwać fachowca.”
„Czekać w przychodni.”
„Odebrać wyniki.”
„Zawieźć na działkę.”
„Przywieźć z działki.”
„Umyć okna.”
„Posprzątać pawlacz.”
Przy każdym wpisie znajdowała się data, godzina i mały ptaszek.
Nazwiska Anufrija nie było natomiast nigdzie.
Ani razu.
A on jeszcze nie wiedział, że pewnego dnia ten mały zeszyt znajdzie się na środku stołu podczas rodzinnej uroczystości.
Anufrij pracował jako sprzedawca klimatyzatorów w firmie „BreezeLux”. W pracy uważał się za bardzo poważnego człowieka.
Dzwonił do klientów, przygotowywał oferty, pił kawę z kubka z napisem „Szef odpoczywa” i od czasu do czasu kiwał głową z miną człowieka podejmującego bardzo ważne decyzje.
W domu natomiast naprawdę odpoczywał.
Jego matka, Raisa Pawłowna, mieszkała dwie przecznice dalej.
Miała siedemdziesiąt pięć lat, bolały ją kolana, ciśnienie skakało jak szalone, a charakter z biegiem lat wcale nie zrobił się łagodniejszy.
Wręcz przeciwnie.
– Potrzebuję pomocy w domu – powiedziała kiedyś synowi przez telefon.
– Jasne, mamo. Powiem Tamarze.
– Mówię do ciebie, synku. Nie do Tamary.
– Daj spokój, mamo. Przecież jesteśmy rodziną.
To było ulubione zdanie Anufrija.
„Jesteśmy rodziną.”
Wypowiadał je z takim przekonaniem, że ktoś z boku mógłby się nawet wzruszyć.
Tyle że w tłumaczeniu z języka Anufrija oznaczało ono:
„Tamara się tym zajmie.”
I Tamara rzeczywiście się zajmowała.
W każdy wtorek po pracy jechała do Raisy Pawłowny.
W każdą sobotę zabierała ją do lekarza.
Co dwa tygodnie jeździła z nią na targ, ponieważ teściowa uważała, że pomidory w sklepach są plastikowe, a prawdziwe sprzedaje tylko Arsen, w trzecim rzędzie.
Arsen rzeczywiście znał Raisę Pawłownę.
Tamary niekoniecznie.
Starsza pani za każdym razem targowała się z nim tak, jakby nie kupowała kilograma pomidorów, tylko mieszkanie w centrum Warszawy.
Natalja po pewnym czasie nie mogła już milczeć.
– Tamara, ale Anufrij nigdy nie pomaga swojej matce?
– Pomaga. Dzwoni do niej.
– Jak często?
– W Nowy Rok. W Dzień Kobiet.
– I tyle?
– W urodziny też. Chociaż czasami zapomina, wtedy mu przypominam.
– A co on na to?
Tamara wzruszyła ramionami.
– Mówi, że u nich tak było zawsze. Kobieta zajmuje się starszymi.
Natalja omal nie złamała mieszadełka do kawy.
– Jaka tradycja?
– Rodzinna, według Anufrija.
– A co robią mężczyźni?
– Pracują.
– I jeszcze?
– Pielęgnują tradycję.
Natalja tylko na nią spojrzała.
Rzeczywiście, pielęgnowanie tradycji było niezwykle wygodnym zajęciem.
Mniej więcej takim jak przechowywanie słoika z konfiturą w spiżarni: nic z nim nie robisz, ale kiedy ktoś zapyta, z dumą mówisz: „To rodzinna tradycja”.
W kwietniu Raisa Pawłowna skończyła siedemdziesiąt pięć lat.
– W moim wieku każde urodziny są jubileuszem – oznajmiła. – Nie wiadomo, czy dożyję następnych.
Z taką logiką trudno było dyskutować.
Uroczystość zaplanowano w kawiarni „Rumianek”.
Trzynastu gości.
Sałatka jarzynowa w trzech wersjach.
Ciepłe danie.
Tort.
Kwiaty.
Rozsadzenie gości.
Wszystkim zajęła się oczywiście Tamara.
Zadanie Anufrija było tylko jedno:
**zarezerwować stolik.**
Jeden telefon.
Trzy minuty.
Zapomniał.
Tamara dowiedziała się o tym tydzień przed uroczystością, kiedy zadzwoniła do kawiarni.
– Chciałabym potwierdzić rezerwację na nazwisko Larionow – powiedziała.
– Larionow? – zapytała recepcjonistka. – Nie mamy takiej rezerwacji.
Tamara zamknęła oczy.
– Mój mąż miał ją zrobić.
– Może dzwonił gdzie indziej.
Tamara odłożyła telefon.
Potem spojrzała na Anufrija, który siedział na kanapie i oglądał piłkę nożną.
– Anufrij.
– Hm?
– Zarezerwowałeś stolik na urodziny mamy?
– Oczywiście.
– „Oczywiście” jako „tak”, czy „oczywiście” jako „właśnie to wymyślam”?
– Tamara, pamiętam, że miałem to zrobić.
To było kolejne ulubione wyrażenie Anufrija:
**„Miałem to zrobić.”**
Miał naprawić kran.
Miał zamontować półkę.
Miał zadzwonić do mamy.
Miał zawieźć jej leki.
Między zamiarem a działaniem rozciągała się jednak u niego przepaść tak wielka, że nawet najlepszy inżynier budownictwa dałby sobie spokój.
Tamara nie dyskutowała.
Zadzwoniła do kawiarni, zarezerwowała stolik, ustaliła menu, tort i rozsadzenie gości.
Załatwiła wszystko w trzydzieści minut.
Anufrij w tym czasie obejrzał pierwszą połowę meczu.
Wieczorem w dniu urodzin wszyscy się zebrali.
Raisa Pawłowna miała na sobie granatową sukienkę, a na piersi broszkę w kształcie stokrotki.
Była z niej bardzo dumna.
Anufrij również wyglądał elegancko.
Miał na sobie koszulę wyprasowaną rano przez Tamarę.
Buty były świeżo naprawione.
Oczywiście również dzięki Tamarze.
Pierwszy toast wygłosił Siergiej.
– Za zdrowie Raisy Pawłowny! Za kobietę, która wychowała syna i… – tutaj Siergiej spojrzał na Anufrija – …która doczekała się wspaniałej synowej.
Anufrij z zadowoleniem skinął głową.
Oczywiście uznał to również za swój sukces.
W końcu to on poślubił Tamarę.
Drugi toast był za mamę.
Trzeci za rodzinę.
Po czwartym toaście Raisa Pawłowna wyraźnie się rozluźniła i zaczęła opowiadać, jak w 1971 roku pojechała do Gagry.
Wtedy wstała Masza.
Była siostrzenicą Raisy Pawłowny, pracowała jako agentka nieruchomości i miała wyjątkowy talent do mówienia prawdy w najmniej odpowiednim momencie.
– Ciociu Raju – zaczęła. – Chcę coś powiedzieć. Wszyscy przecież wiemy, kto się tobą opiekuje.
Anufrij wyprostował się na krześle.
Masza jednak spojrzała na Tamarę.
– Tamaro, wstań na chwilę.
Tamara poczerwieniała, ale wstała.
– To ona wozi cię do lekarza. Ona robi zakupy. Ona wzywa fachowców. Wiem o tym, bo dzwonisz do mnie co tydzień i zawsze mówisz to samo: „Tamara przyjechała”. „Tamara przywiozła”. „Tamara załatwiła”.
Raisa Pawłowna skinęła głową.
Masza spojrzała na Anufrija.
– A ja zawsze pytam: „A Andriej?” I wtedy zapada cisza.
W lokalu zrobiło się cicho.
Uśmiech Anufrija zaczął powoli zastygać.
– Masza, no co ty…
– Ja pracuję – powiedział. – Utrzymuję rodzinę.
– Tamara też pracuje – zauważyła Natalja.
– To co innego.
Oczywiście.
„To co innego.”
To był trzeci filar filozofii Anufrija.
„Jesteśmy rodziną.”
„Miałem to zrobić.”
„To co innego.”
Każde z tych zdań służyło właściwie temu samemu:
żeby niczego nie musieć robić.
Raisa Pawłowna do tej pory milczała.
Teraz odłożyła serwetkę.
– Synku.
– Mamo, nie zaczynaj…
– Kiedy ostatni raz przyjechałeś do mnie sam?
Anufrij otworzył usta.
– No… my z Tamarą…
– Nie z Tamarą. Ty. Sam.
Cisza.
Dziesięć sekund.
Recepcjonistka w tym czasie wycierała ten sam kieliszek, który wcześniej wypolerowała już co najmniej cztery razy.
Anufrij w końcu powiedział:
– Przecież przyjeżdżałem.
– Kiedy?
– No…
– Kiedy?
Nie potrafił odpowiedzieć.
I wtedy Tamara zrobiła coś, czego sama nie planowała.
Sięgnęła do torebki.
Dotknęła dłonią brązowego, skórzanego zeszytu.
Po chwili go wyjęła.
Położyła na stole.
Obok sałatki.
– Co to jest? – zapytał Anufrij.
– Księgowość – odpowiedziała Tamara.

Masza natychmiast wzięła zeszyt.
Otworzyła go.
– Czternasty stycznia. „Zawiozłam Raisę Pawłowną do internisty. Czekałam dwie godziny.”
Przewróciła kartkę.
– Dwudziesty pierwszy stycznia. „Zakupy: mleko, chleb, kefir, buraki, kasza jaglana, olej słonecznikowy.”
Kolejna kartka.
– Trzeci lutego. „Wezwałam hydraulika. Czekałam trzy godziny. Kran w łazience.”
Obok wpisu znajdowała się notatka.
Masza przeczytała ją na głos:
– „Anufrij obiecał, że zadzwoni do administracji. Nie zadzwonił.”
Twarz Anufrija najpierw zbladła, potem poczerwieniała.
– Tamaro, ty zbierałaś na mnie dowody?
– Nie.
– To co to jest?
– Ewidencja.
– To przecież to samo!
Tamara spojrzała na niego spokojnie.
– Nie. To księgowość. Po jednej stronie jest sto czterdzieści wpisów.
Masza przewróciła kolejną kartkę.
– A po drugiej nic.
Jeszcze jedna strona.
W rogu przyklejona była mała karteczka:
**„Anufrij przez trzy lata: 0.”**
Pod spodem narysowana była smutna buźka.
– To nie ja ją narysowałam – powiedziała Tamara.
– Ja – odezwała się Raisa Pawłowna.
Wszyscy spojrzeli na nią.
– Znalazłam zeszyt, kiedy Tamara była w łazience. Przeczytałam go. Potem sprawdziłam wszystko z moim kalendarzem. Wszystko się zgadza.
Zrobiła krótką pauzę.
– A buźkę narysowałam, bo zrobiło mi się smutno.
Anufrij po raz pierwszy nie miał żadnej odpowiedzi.
Raisa Pawłowna spojrzała mu prosto w oczy.
– Mówisz, że to tradycja?
– Mamo…
– To ja ci powiem, czym była tradycja za czasów twojego ojca.
Wszyscy zamilkli.
– Twój ojciec w każdą niedzielę jeździł do mojej mamy, babci Ziny, do Podolska. W każdą niedzielę. Bez przypominania. Bez proszenia. Wsiadał o siódmej rano do pociągu, jechał godzinę, naprawiał wszystko, co zepsuło się przez tydzień, jadł z nią obiad i wracał do domu.
Anufrij spuścił wzrok.
– Przez dwadzieścia trzy lata – dodała Raisa Pawłowna. – To była tradycja.
– Tata był z innego pokolenia…
Raisa Pawłowna spojrzała na syna.
– Twój ojciec był mężczyzną.
Zapadła cisza.
– A ty na razie jesteś tylko sprzedawcą klimatyzatorów.
Za barem z rąk recepcjonistki wypadła szklanka.
Nikt się nie zaśmiał.
Anufrij wstał.
Trzynaście osób patrzyło na niego.
Stał tak przez pięć sekund, po czym powoli usiadł z powrotem.
Raisa Pawłowna powiedziała:
– Usiądź. Teraz mnie posłuchaj.
Anufrij posłuchał.
– Mam siedemdziesiąt pięć lat. Nie wiem, ile czasu mi zostało. Może dziesięć lat. Może dwa. Może jutro coś się stanie.
Jej głos lekko zadrżał.
– Ale chcę, żeby przyjeżdżał do mnie mój syn. Nie synowa zamiast syna. Syn.
Anufrij spuścił głowę.
– Rozumiesz różnicę?
– Tak, mamo.
– Tamara jest złotą kobietą. I ja wiem o tym lepiej od ciebie, bo widzę ją częściej niż ciebie. Wie, kiedy mam brać lekarstwa. Wie, do którego lekarza mam iść. Wie, co lubię jeść.
Uśmiechnęła się smutno.
– A ty nawet nie wiedziałeś, że mam rozpisany harmonogram leków.
Anufrij długo milczał.
W końcu powiedział:
– Przyjadę w niedzielę.
Raisa Pawłowna spojrzała na niego.
– Sam?
– Sam.
– Bez Tamary?
– Bez Tamary.
– Bez przypominania?
Anufrij skinął głową.
– Bez przypominania.
Matka tylko odpowiedziała:
– Zobaczymy.
Nadeszła niedziela.
O dziesiątej rano ktoś zapukał do drzwi.
Raisa Pawłowna otworzyła.
W progu stał Anufrij.
Sam.
W rękach trzymał mleko, chleb, kefir i buraki.
– Nie zapomniałeś o burakach? – zapytała matka.
– Tym razem nie.
Naprawił karnisz w sypialni, który od lutego się chwiał.
Co prawda zamontował go krzywo.
Ale naprawił.
Potem usiadł z matką w kuchni.
Przez godzinę słuchał tej samej historii o Gagrze, którą słyszał już chyba dwadzieścia razy.
Tym razem jednak nie patrzył w telefon.
Nie spoglądał na zegarek.
Po prostu słuchał.
Wieczorem Raisa Pawłowna zadzwoniła do Tamary.
– Tamaro?
– Tak?
– Mój syn przyjechał.
Tamara się uśmiechnęła.
– Wiem.
– Naprawił karnisz.
– Naprawdę?
– Trochę krzywo.
Tamara się roześmiała.
– Ale naprawił?
– Naprawił.
Tamara odłożyła telefon.
Wyjęła zeszyt.
Otworzyła go na czystej stronie.
I napisała:
„Anufrij. Pierwszy raz. Karnisz. Trochę krzywo.”
Na końcu narysowała uśmiechniętą buźkę.
Tym razem nie smutną.
Następnego dnia Natalja zapytała ją w pracy:
– No i?
– Co?
– Przyjechał?
Tamara skinęła głową.
– Przyjechał.
– Sam?
– Sam.
– Karnisz?
– Krzywo.
– Ale naprawił?
– Naprawił.
Natalja zamieszała kawę, spojrzała przez okno, a potem się uśmiechnęła.
– Czyli sto czterdziesty pierwszy raz.
Tamara pokręciła głową.
– Nie.
– Nie?
– Pierwszy.
Natalja przez chwilę się zastanawiała, po czym skinęła głową.
– Masz rację.
Bo dla mężczyzny mogła to być tylko pierwsza wizyta.
Ale czasami **pierwszy krok znaczy więcej niż sto czterdzieści pustych obietnic.**







