„Natychmiast oddaj kluczyki do samochodu mojej matce, albo możesz się spakować i wynosić!” – krzyczał mój mąż. Nie wiedział, że tego wieczoru to on będzie musiał odejść
– Natychmiast oddasz kluczyki do samochodu mojej matce, albo możesz się spakować i wynosić się z mojego mieszkania! – wrzasnął Wadim, po czym rzucił kurtkę na podłogę.
Anna spojrzała na niego spokojnie.
– Za krótkie masz ręce, kochanie. To ty będziesz dziś pakował walizki.
Oczywiście nie doszli do tego wszystkiego z dnia na dzień.
Przez pierwsze miesiące Anna uważała, że jej mąż jest po prostu oszczędny.
Wadim pracował w magazynie jako zastępca kierownika, zarabiał siedemdziesiąt tysięcy rubli i znał na pamięć cenę mleka w każdym z trzech sklepów w okolicy. Początkowo nawet ją to bawiło.
Ona zajmowała się projektami architektury krajobrazu i zarabiała około stu pięćdziesięciu tysięcy rubli miesięcznie, ale ceny produktów spożywczych znała raczej kiepsko.
Aż pewnego dnia na kuchennym stole pojawił się kalkulator.
I wieczory zaczęły się od analizowania paragonów.
– Aniu, po co kupiłaś ser?
– Żeby go zjeść. Na śniadanie.
– Tysiąc dwieście rubli. Za dwieście gramów! Przy metrze w budce masz trzysta rubli za kilogram.
– W tej budce jest olej palmowy.
– Umawialiśmy się, że będziemy odkładać do wspólnej skarbonki.
– Umawialiśmy się, że będziemy wspólnie pokrywać wydatki na gospodarstwo domowe. Swoją część przelałam ci wczoraj rano.
– Budżet musi być wspólny. Wszystkie pieniądze. Ja zarabiam siedemdziesiąt tysięcy i co do kopiejki przynoszę wszystko do domu.
Anna podniosła wzrok.
– Przynosisz trzydzieści pięć tysięcy. Resztę wydajesz na części do komputera.
– Jestem facetem. Po pracy muszę się czymś zająć. A ty przepuszczasz cały budżet na jakieś luksusowe jedzenie.
– Wadim, zarabiam dwa razy więcej od ciebie. Jeśli chcę kupić sobie ser, to mogę.
– W rodzinie nie ma czegoś takiego jak „moja pensja” i „twoja pensja”. Są nasze pieniądze. Od jutra ja będę robił zakupy. Daj mi kartę.
– Karta zostaje u mnie.
– Czyli ją przede mną ukrywasz. To już oszustwo. Pieniądze powinny być w jednym miejscu.
– Internet jest opłacony. Prąd jest opłacony. Połowę produktów na cały tydzień już kupiłam. Wszystko, co obiecałam, zrobiłam.
– No to zmienimy te ustalenia.
Czajnik zagwizdał. Anna wyłączyła gaz.
W sobotę Anna pracowała nad projektem murku oporowego dla klienta, a Wadim chodził po salonie z notesem w ręku.
– Chcesz kupić sobie nowe programy?
– Roczną subskrypcję. Bez niej nie będę mogła prawidłowo przygotować projektu dla klienta.
– Ile kosztuje?
– Piętnaście tysięcy.
– Ściągnij piracką wersję. Nasz administrator wszystko bierze z torrentów i jakoś nic się nie dzieje.
– Potrzebuję aktualnych baz danych dotyczących roślin. I tego, żeby program nie wysypywał się przy dużych projektach.
– Piętnaście tysięcy rubli na jakieś obrazki? Ty w ogóle myślisz?
– Te „obrazki” przynoszą mi zlecenia warte po dwieście tysięcy.
– Poszłabyś do biura. Pięćdziesiąt tysięcy pensji, stałe godziny pracy, wszystko jak u normalnych ludzi.
– Mnie odpowiada to, co robię.
– Ty siedzisz w cieple. A ja od ósmej rano pracuję w zimnym magazynie.
– Mamy różne prace, Wadim.
– Praca jest wtedy, kiedy człowiek wraca do domu i ledwo stoi na nogach! – wybuchnął. – A ty przez cały dzień tylko naciskasz guziki.
Trzy miesiące po ślubie, w piątkowy wieczór, ktoś zadzwonił do drzwi.
Na progu stała Tamara Iljiniczna z dwiema charakterystycznymi torbami w kratę.
Przez trzydzieści lat pracowała jako zaopatrzeniowiec, od ośmiu lat była na emeryturze, dostawała dwadzieścia dwa tysiące rubli miesięcznie i potrafiła rozmawiać z ludźmi takim tonem, jakby nadal kierowała całym działem.
– Zamieszkam u was – oznajmiła i weszła do przedpokoju w butach.
– Dobry wieczór. Coś się stało?
– Wymieniają rury. Od dwóch dni nie mam wody. Wadik powiedział, że salon u was stoi pusty.
Anna aż zaniemówiła.
– Salon nie jest pusty. Mam tam biurko i szafę z próbkami.
– To przesuniesz biurko pod ścianę.
Postawiła torby na parkiecie.
– Po co kobiecie gabinet? Ja będę spała na kanapie.
Wadim wyszedł z łazienki i wytarł ręce.
– Mama zostanie u nas kilka tygodni. Nie może przecież nosić wody z pierwszego piętra.
– Ja pracuję w salonie. Mam wideokonferencje z klientami.
– To będziesz siedzieć z laptopem w kuchni. Nie przeszkadzaj mamie.
– Kuchnia ma cztery metry kwadratowe. Nie da się tam nawet rozłożyć projektu.
– To się trochę ściśniesz. Mama jest starszą osobą.
I tak się zaczęło.
Już pierwszego dnia szampony w łazience zostały przeniesione na inną półkę.
Ręczniki Tamara poukładała według kolorów.
W poniedziałek rano Anna zobaczyła teściową przy koszu na śmieci.
– Wyrzuciłam pół chleba.
– Był spleśniały z jednej strony.
– Pleśń można odciąć. Z reszty można wysuszyć bułkę tartą.
– Nie jem bułki tartej ze starego chleba.
– Rozpieszczona jesteś. Mój Wadik czasem wraca głodny do domu, a ty masz takie pańskie wymagania.
Anna włączyła młynek do kawy. Ziarna głośno zatrzeszczały.
– To proszę powiedzieć mi całą listę – odezwała się spokojnie. – Czego nie wolno mi wyrzucać we własnym mieszkaniu?
– Jaką znowu listę?
– Tego, czego nie mogę wyrzucać.
– Nie wymądrzaj się. To wspólne mieszkanie. Wadik jest tu mężczyzną.
– To mieszkanie kupiłam za pieniądze odziedziczone po babci. Wadim nie dołożył do niego ani jednego rubla.
Oczy Tamary zwęziły się.
– W małżeństwie wszystko jest wspólne. Ależ ona pyskuje. Żona powinna słuchać męża i szanować jego matkę.
W następnym tygodniu przyszła kolej na samochód.
W sobotę Wadim zdjął zapasowe kluczyki z komody w przedpokoju.
– Jadę po materiały budowlane.
– Za godzinę będę potrzebowała samochodu. Jadę za miasto na pomiary.
– Pojedziesz taksówką. Muszę zabrać deski. Naprawiam mamie werandę.
– Deski nie zmieszczą się do sedana.
– Złożę siedzenia.
– Porysujesz je i pobrudzisz całe wnętrze.
– Położę jakąś folię.
– Wszystko będzie w trocinach.
Wadim podniósł głowę.
– Poza tym samochód jest mój. To ja spłacam kredyt.
– Jesteśmy rodziną! – podniósł głos. – Mama prosi o to od miesiąca, a ciebie nic to nie obchodzi.
Anna gorzko się uśmiechnęła.
– Normalni ludzie nie jeżdżą taksówką do piekarni. A z dwoma miarkami, poziomicą i statywem tym bardziej nie pojadę taksówką za miasto.
– To przełóż wyjazd.
– To ja płacę za paliwo. Ja płacę ubezpieczenie. Ja spłacam kredyt.
– Zatankuję ci za pięć tysięcy. Na tydzień wystarczy.
Drzwi trzasnęły.
Anna zadzwoniła do klienta i przeprosiła.
Wadim wrócił o jedenastej wieczorem.
Wnętrze samochodu było pokryte drobnymi trocinami, a na jasnym tylnym siedzeniu został ciemny ślad po rękawicach.
– Deski zawiozłem – oznajmił podczas kolacji. – Jutro zabieram jeszcze dwa worki cementu.

Anna odłożyła widelec.
– Jutro samochód jedzie do czyszczenia tapicerki. Ty za to zapłacisz.
– Jakiego czyszczenia? Przetrzesz gąbką z mydłem.
– To jest olej. Wsiąknie w materiał.
– Znowu wyrzucasz pieniądze w błoto! Ja się staram dla rodziny.
– Pięć tysięcy rubli. Po tym nadal zostanie ci trzydzieści tysięcy na twoje komputerowe części. Poradzisz sobie.
– Czyszczenie może poczekać. Cement jest ważniejszy.
Anna spojrzała na niego w taki sposób, że Wadim po raz pierwszy zrozumiał, że coś się bezpowrotnie zmieniło.
– Więcej nie usiądziesz za kierownicą mojego samochodu.
Wadim uderzył pięścią w stół.
Kubek podskoczył, a herbata rozlała się po ceracie.
– Nie rozkazuj mi! Jestem twoim mężem!
– Wyślę ci rachunek na telefon. Oddasz mi pieniądze w gotówce.
W listopadzie rury w mieszkaniu teściowej były już dawno naprawione.
Ale Tamara nadal mieszkała z nimi.
– Do przychodni macie bliżej – wyjaśniła przy śniadaniu. – A apteka socjalna jest po drugiej stronie ulicy. Tutaj jest mi po prostu wygodniej.
Anna nic nie odpowiedziała.
W pewien piątek kupiła sobie płaszcz.
Ciemnoniebieski, wełniany, kosztował czterdzieści tysięcy rubli.
Zapłaciła z własnego konta, na które odkładała pieniądze od wiosny.
Kiedy wróciła do domu, w mieszkaniu było ciemno. Z kuchni pachniało smażoną cebulą.
Postawiła torbę przy wieszaku i poszła do sypialni.
Wadim siedział na brzegu łóżka.
W ręku trzymał jej telefon.
– Hasło to rok urodzenia. Bardzo pomysłowe.
– Odłóż mój telefon.
– Jest tu powiadomienie. Czterdzieści tysięcy rubli.
– Odłóż go. Natychmiast.
Wadim wstał.
– Na co wydałaś czterdzieści tysięcy?
– Kupiłam płaszcz.
Twarz mężczyzny poczerwieniała.
– Ja przez cały miesiąc marznę w magazynie za siedemdziesiąt tysięcy, a ty w godzinę wydajesz ponad połowę mojej pensji na jakiś ciuch!
– Za własne pieniądze. Sama je zarobiłam.
– W normalnej rodzinie żona nie ma własnych pieniędzy!
Telefon poleciał na łóżko.
Tamara Iljiniczna natychmiast pojawiła się w drzwiach.
– Co tu się dzieje? Czemu krzyczycie?
– Kupiła sobie płaszcz za czterdzieści tysięcy! Po kryjomu. Ukrywała przede mną pieniądze.
– Bezwstydnica! – oburzyła się teściowa. – Mój syn chodzi w starej kurtce, a ona będzie się stroić w futra!
– To wełna owcza – zauważyła Anna.
– Wszystko jedno!
Wadim podszedł bliżej.
– Jutro go oddasz. Gdzie jest paragon?
– Nie oddam.
– Oddasz. A pieniądze dasz mnie.
– Nie.
– To ja będę decydował, na co wydajemy pieniądze!
– Niby z jakiego powodu?
– Z takiego, że to ja jestem głową rodziny!
Anna cicho się roześmiała.
– Możesz być głową swoich siedemdziesięciu tysięcy. Moimi stu pięćdziesięcioma tysiącami zarządzam sama.
– Mieszkasz w moim mieszkaniu!
– W twoim?
– W naszym. Wspólnym.
Anna przez chwilę tylko na niego patrzyła.
– Wadim, to mieszkanie kupiłam ja. To ja spłacam kredyt. Przez półtora roku nie dołożyłeś do niego ani jednego rubla. I doskonale o tym wiesz.
– Nie licz!
– Właśnie, że liczę.
Teściowa zrobiła krok do przodu.
– Jak ty się odzywasz do męża, bezczelna kobieto? Wadik, wreszcie postaw ją do pionu!
Wadim stracił panowanie nad sobą.
– Natychmiast oddasz kluczyki do samochodu mojej matce, albo możesz się spakować i wynosić z mojego mieszkania!
Anna spojrzała na niego spokojnie.
– Za krótkie masz ręce, kochanie. To ty będziesz dziś pakował walizki.
Następnie wyjęła telefon i zadzwoniła do brata.
– Cześć, Sierioża. Przyjedź za pół godziny i weź ze sobą kilku chłopaków z warsztatu. Trzeba znieść kilka rzeczy z trzeciego piętra. Wadim i mama się wyprowadzają.
Wadim zbladł.
– Po co dzwonisz do Siergieja?
– Żeby poszło szybciej.
– Aniu, oszalałaś. Porozmawiajmy normalnie.
– Macie trzydzieści minut.
– Ale dokąd mamy iść o tej porze?
– Do mieszkania Tamary Iljiniczny. Woda jest tam już od miesiąca.
Czterdzieści minut później w przedpokoju stały trzy walizki i dwie charakterystyczne torby w kratę.
Teściowa zapinała płaszcz.
Wadim upychał do plecaka kable i części komputerowe, nie patrząc żonie w oczy.
– Chodź, mamo. Wyrzucają nas.
– Ani wstydu, ani honoru – mruknęła Tamara, podnosząc torbę z garnkami.
Drzwi się zamknęły.
Anna przekręciła klucz dwa razy.
Następnego ranka wezwała ślusarza.
Wymienił oba zamki.
Zajęło mu to czterdzieści minut.
Maści i leki pozostawione w salonie Anna zebrała i wyniosła do kontenera na podwórzu.
Tydzień później Wadim przyjechał jeszcze raz.
Przez pięć minut próbował otworzyć drzwi starym kluczem.
Potem zadzwonił.
Anna nie odebrała.
Jej numer był już na czarnej liście.
W międzyczasie przesunęła kanapę pod okno.
Na jej miejscu postawiła ogromne dębowe biurko, na którym wreszcie mogła swobodnie rozkładać swoje projekty.
W sobotę pojechała do schroniska na drugim końcu miasta.
Wróciła z dorosłym rudym psem.
Położyła mu miękki koc przy kaloryferze.
Tego wieczoru usiadła obok niego.
– Wiesz, wcześniej stała tutaj kanapa – powiedziała z uśmiechem. – Teraz jest stół.
Pies położył się na swoim posłaniu i ciężko westchnął.
A Anna po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuła, że znowu żyje własnym życiem.
I ani przez chwilę nie żałowała, że tamtego wieczoru to nie ona musiała pakować walizek.







