Kata codziennie rano jeździła do pracy metrem w Budapeszcie. Była już w czwartym miesiącu ciąży. Dzięki Bogu nie miała mdłości ani omdleń, więc mogła pracować.
Była jednak strasznie śpiąca, rano ledwo mogła wstać z łóżka, a potem niemal biegła, szybko stawiając kroki.
Przejście podziemne metra, przez które przechodziła, zawsze było zatłoczone i hałaśliwe.
Przy wyjściu zawsze siedzieli znani bezdomni – Feri Półoko, wujek Mihály i jeszcze około pięciu innych żebraków.
Kata nigdy nie potrafiła przejść obok nich obojętnie. Żałowała tych nieszczęsnych ludzi i gdy tylko mogła, kupowała im herbatę, ciastko lub trochę słodkiego pieczywa.
Oni za każdym razem dziękowali z całego serca. Okoliczni kwiaciarze kręcili głowami, gdy mijała ich.
– To błogosławiona dusza, widać, że nie jest bogata, jest w ciąży, a mimo to niesie jedzenie tym włóczęgom… Jasne, że łatwo żebrać, kiedy inni pracują całe dnie! – biadolili.
Nie rozumieli, że Kata bardziej niż ktokolwiek inny znała ból tych ludzi. Wiedziała, jak to jest nie mieć domu, rodziny i kłaść się spać głodnym.
Tak, wiedziała, że wielu bezdomnych pije, ale też rozumiała, że to tylko z beznadziei i zimna. Oni tylko stoją cicho i patrzą na spieszących się ludzi, których ktoś czeka w domu – a oni nikomu nie są potrzebni.
Dokładnie jak ona… Kata zwyczajowo machała im na pożegnanie, ale tamtego dnia zauważyła coś wyjątkowego.
Pojawiła się nowa twarz – około trzydziestoletni mężczyzna z długimi, potarganymi włosami, z kulą pod pachą. Nie krzyczał, nie żebrał, tylko milcząco siedział i patrzył w dal.
Obok niego na ziemi leżała czapka, do której przechodnie wrzucali drobne.
Z jakiegoś powodu bardzo go polubiła. „Boże mój – pomyślała – ja narzekam na życie, a ten człowiek żyje bez nóg i mimo to żyje.” Nagle spontanicznie kupiła gorącego pączka z dżemem i kubek ciepłej herbaty i podała mu.
– Proszę, to od serca. Smacznego! – powiedziała życzliwie.
Mężczyzna spojrzał na nią zawstydzony i z wdzięcznością, rumieniąc się, odpowiedział:
– Bardzo dziękuję!
Kata nie chciała go zawstydzać, więc tylko pomachała i poszła dalej. Ale to, co zobaczyła, wywołało w niej wspomnienia – ciężkie, bolesne wspomnienia.
Z dzieciństwa pamiętała niewiele, zwłaszcza nic dobrego. Jej matka dużo piła, w domu ciągłe kłótnie, przekleństwa, przemoc.
Zawsze była głodna, a jeśli odważyła się płakać lub prosić o kolację, dostawała policzek zamiast jedzenia.
Mieszkanie było brudne, pełne pustych butelek i zapachu taniego alkoholu. Dziewczynka czasem jadła alkoholowe resztki na stole, gdy nikt nie patrzył.
Ten smród – mieszanka alkoholu, tanich papierosów i brudnych ciał – na zawsze wbił się w jej nos.
Pewnego dnia sąsiadka, ciocia Ilonka – dobra, starsza pani – nie mogła już patrzeć na to, jak żyje wtedy pięcioletnia Kata, i zawiadomiła opiekę społeczną.
Dziewczynkę zabrano do domu dziecka. Kata płakała, wrzeszczała, wołała matkę, która oczywiście wtedy spała pijana i nic nie zauważyła.
Pierwsze dni były straszne. Ostrzyżono ją na chłopczycę, wykąpano, ubrano w państwowe ubrania i nastały szare dni.
W domu dziecka też nie było łatwo. Jedzenia było mało, wychowawcy byli surowi. Za każde przewinienie była kara, ale przynajmniej nie bili jej jak w domu.
Niektóre dzieci miały odwiedziny rodziny, dostawały zabawki i prezenty urodzinowe.
Kata odwiedziła tylko raz ciocia Ilonka, przynosząc jej worek tanich cukierków. Matka nigdy jej nie odwiedziła.
Kata w dzieciństwie cicho nosiła w sobie ten ból i przysięgła sobie, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie porzuci własnego dziecka.
Dobrze się uczyła, szczególnie lubiła matematykę. Liczyła w głowie doskonale. Po skończeniu państwowego domu dziecka dostała pokój w zaniedbanym akademiku.
Warunki były fatalne: dziurawe podłogi, przeciągi przez okna, odpadająca tapeta, stary kanapa w rogu.
Razem z przyjaciółką Ildą postanowiły spróbować dostać się na studia.
Kata nie wierzyła w siebie, ale jakimś cudem ją przyjęli – za pierwszym razem. Dzięki świetnej wiedzy i talentowi matematycznemu dostała się na Közgáz (Uniwersytet Ekonomiczny).
Mieszkała w pokoju z dwoma zamożnymi dziewczynami, Anną i Viką. Były lekkoduchami, nauka je nudziła, wolały imprezować. Kata natomiast pilnie się uczyła i spędzała dużo czasu w bibliotece.
Często jej dokuczały:
– Ojej, Kata, jest wiosna, wszyscy imprezują, a ty siedzisz nad książkami jak stara panna!
– Nie mogę iść, nadchodzi sesja – odpowiadała spokojnie. – Nie mam nikogo, kto by mi pomógł, muszę radzić sobie sama.
– No dobrze, to przynajmniej pozwól nam skopiować notatki! – śmiała się Vika.
Na koniec roku Kata zdała celująco, podczas gdy Vika i Anna ledwo uniknęły wyrzucenia. Były na nią obrażone.
– Ta kujonka miała tylko szczęście, my wcale nie jesteśmy gorsze! – narzekała Anna.
Dziewczyny wymyśliły zemstę…
Podczas letnich wakacji akademik prawie się wyludnił. Kata została sama. Nie miała dokąd pójść, nikogo, kogo mogłaby odwiedzić. Pozostały nauka, biblioteka i ciche wieczory.
Pewnego popołudnia niespodziewanie pojawiły się Anna i Vika.
– Kata, chodź z nami na piknik! – zawołała Vika uśmiechając się. – Będzie szaszłyk, muzyka, chłopaków też nie brakuje. Nie mów, że musisz się uczyć, jest lato!
Kata była zaskoczona. Nie były prawdziwymi przyjaciółkami, wręcz przeciwnie – różniły się od siebie bardzo. Mimo to zaproszenie sprawiło jej przyjemność. Od dawna marzyła o odrobinie relaksu i towarzystwa.
– No dobrze… idę – w końcu skinęła głową.
Ale nie podejrzewała, że dziewczyny mają inny plan. Starsze uczennice już od dawna szydziły z niej za jej plecami.
Wiedziały, że nie pije, nie pali i jest zamknięta w sobie. Piknik był tylko pretekstem – chciały zrobić „małej prymusce” psikusa, żeby nie była taka pewna siebie.
Domek letniskowy, do którego przyjechały, był daleko od miasta. Kata myślała, że czeka ją miłe towarzystwo i przyjemne rozmowy. Jednak to, co zastała, było zupełnie inne.
Trwała huczna impreza domowa. Drogie alkohole, głośna muzyka, młodzi ludzie ubrani bardzo elegancko – wszyscy pochodzili z bogatych rodzin. Kata czuła się nieswojo.
Próbowała się wtopić, ale Viki i Anna niemal niezauważalnie dolały jej alkoholu do soku pomarańczowego.
Dziewczyna szybko się zatoczyła, osłabła, a potem upadła na trawę.
– Spójrzcie! Nasza mała świętoszka się upiła! – zaśmiała się Viki. – Nadal myślicie, że jest święta? No dajcie spokój! Pod spokojną taflą jeziora kryje się diabeł!
Pozostali śmiali się, nikt nie pomógł.
Tylko jeden chłopak podszedł i pomógł jej wstać. Kata wstydliwie na niego spojrzała, powstrzymując łzy.
– Zostawcie mnie! Idźcie do diabła wszyscy! – krzyknęła do reszty i ruszyła w nieznaną noc.
Nie wiedziała, gdzie jest. Domek był daleko, droga była zakurzona, a ona miała zranioną stopę.
– Po co ja tu w ogóle przyszłam? – płakała do siebie. – Jakby te dziewczyny kiedykolwiek mnie zaakceptowały… Co za głupota!
Wtedy obok zatrzymał się samochód. Kierowca otworzył drzwi.
– Kata, poczekaj! To ja, Dénes. Jestem starszy. Zabiorę cię do akademika.
Kata zaskoczona spojrzała na niego. To był ten chłopak, który pomógł jej podnieść się z trawy.
– Dziękuję – wyszeptała i wsiadła.
Chłopak starał się ją uspokoić.
– Nie przejmuj się nimi. Ci bogaci dzieciaki są głupi i próżni. Ty jesteś lepsza. Słyszałem, że świetnie się uczysz. To godne szacunku. I… podobasz mi się – dodał cicho.
Kata zawstydzona spojrzała na niego.
– Ja… nie jestem dla ciebie. Jestem pod opieką państwa. Nie mam wsparcia, pieniędzy, rodziny. I… nie potrafię nikomu ufać.
Dénes się uśmiechnął i dotknął jej ramienia.
– Możesz zaufać mnie.
Nagle pocałował ją w policzek. Kata zadrżała. Przepełniło ją coś zupełnie nowego.
Od tej pory nie mogła przestać o nim myśleć. Nawet podczas nauki przypominał jej się pocałunek, jego spojrzenie, zapach perfum… jego słowa.
– To nie może być prawda – myślała. – To bogaty chłopak. Pewnie tylko się bawi. Ale… co jeśli nie?
Następnego dnia Dénes przyszedł po nią, przyniósł kwiaty i zaprosił na randkę.
Kata wahała się, ale w końcu się zgodziła. To była jej pierwsza randka w życiu. Była zdenerwowana, ale Dénesowa serdeczność i uprzejmość rozwiały jej strach.
– Nie jesteś jak inni – powiedział z uśmiechem Dénes. – Jesteś wyjątkowa. Masz czyste serce i jesteś mądra.
Ona odpowiedziała tylko:
– Ty też nie jesteś taki, jak myślałam. Myślałam, że jesteś kolejnym bogatym chłopakiem, ale… myliłam się.
Minęły miesiące. Zakochali się w sobie.
Nikt nie wierzył, że to potrwa długo. Inne dziewczyny były zazdrosne, plotki się nasilały.
Rodzice Dénesa, bogaci biznesmeni, wpadli w szał, gdy dowiedzieli się, że ich syn spotyka się z „podopieczną państwa”.
– Co ty robisz, synu? – zapytała matka – Z sierotą? Z nikim? Już wybraliśmy ci porządną dziewczynę, córkę polityka! Piękna, bogata, z przyszłością!
Dénes krzyknął:
– Nie obchodzi mnie to! Kocham Katę! To mój wybór, moje życie!
Ojciec uderzył pięścią w stół.

– To idź! Ale nie licz na ani grosz! Miałeś wszystko, teraz nauczysz się, jak jest naprawdę!
Dénes jednak się nie poddał. Spakował się i wprowadził do pokoju Katki w akademiku. Znalazł pracę jako kierowca i pracował dzień i noc, by mogli się utrzymać.
I byli szczęśliwi. Naprawdę szczęśliwi.
Pewnego ranka Kata gotowała pilaw, czekała na Dénesa. Ale on nie przyszedł. Minęła godzina, dwie… telefon. Nieznany męski głos z drugiego końca:
– Z przykrością informujemy… Dénes miał śmiertelny wypadek.
Kata załamała się. Zemdlała. Od tamtej pory wszystko stało się mroczne. Pogrzeb, żałoba, łzy…
Na pogrzebie matka Dénesa podeszła do niej i wrzasnęła:
– Przeklęta! Przez ciebie mój syn umarł! Przeklinam cię! Nie ośmielaj się tu przychodzić!
Kata nawet nie słyszała. Stała tylko cicho i płakała.
– CZĘŚĆ 3 – NADZIEJA ODŻYWA
Nowy semestr na uniwersytecie się zaczął, ale Kata nie była sobą. Jak robot chodziła na zajęcia, wracała do pokoju, do biblioteki, a potem znów do domu, gdzie nikt na nią nie czekał.
– Boże, dlaczego? Dlaczego zabrałeś mi jedyną osobę, która mnie kochała? – płakała wieczorami, ściskając koszulę Dénesa, którą wciąż miała.
Zaczęła bardzo chudnąć. Rano wymiotowała. Na początku myślała, że to przez żałobę, ale potem zrobiła test ciążowy… Dwie kreski.
– Jestem w ciąży – wyszeptała z niedowierzaniem. – Czekam dziecko Dénesa…
Najpierw ogarnęło ją szczęście, potem strach. Jak sama wychowa dziecko? Skąd weźmie pieniądze? Co z uczelnią?
W rozpaczy poszła do rodziców Dénesa.
– Jestem w ciąży. To będzie wnuk waszego syna. Nic nie chcę, tylko… powiedzcie mi, co mam teraz zrobić?
Ale odpowiedź była okrutna.
– Co za bezczelność! – krzyknęła matka Dénesa. – Jesteś tylko małą dziwką! Nie marz o tym, żeby zrzucić na nas to dziecko! Pieniądze? Od nas? Ani grosza nie dostaniesz!
Kata wybiegła z domu, dusząc się łzami.
– Dobrze – wyszeptała ze złością. – To pójdę do szpitala i skończę z tym wszystkim…
Następnego ranka poszła do ginekologa. Serce biło jej w gardle. Przywitała ją surowa, starsza lekarka.
– Chce pani usunąć ciążę? – zapytała poważnie.
Kata tylko skinęła głową, a na twarzy malował się rozpacz.
Lekarka przez chwilę się na nią patrzyła, potem cicho powiedziała:
– Proszę pani, jesteś młoda, samotna, widzę, że się boisz. Ale jeśli teraz usuniesz tę ciążę, będziesz tego żałować całe życie. Pomyśl: ono już tam jest.
Rusza się. Żyje. Czuje. To sens życia. Nowy początek. Nie wyrzucaj tego!
Kata wybiegła z gabinetu płacząc. Serce pękło jej na pół.
– Co prawie zrobiłam?! Jak mogłam tak pomyśleć…? Przysięgłam, że nigdy nie opuszczę swojego dziecka! Nie będę taka jak moja matka!
Tej nocy śniła o Dénesie. Chłopak podszedł do niej, pogłaskał po głowie i szepnął:
– Kata, jesteś silna. Dasz radę. Nie bój się. Zawsze jestem z tobą.
Kata obudziła się płacząc, ale coś się zmieniło. Wiedziała, co ma robić.
Zrobiła półroczną przerwę na studiach i zaczęła szukać pracy. W końcu zatrudniła się jako sprzątaczka w biurowcu. Szef był opryskliwy i często ją upokarzał.
– Jesteś w ciąży, a tak źle pracujesz! Spójrz, tam w kącie jest kurz!
Ale Kata wytrzymywała. Miała cel: swoje dziecko.
I choć potrzebowała każdej złotówki, nie potrafiła przejść obojętnie obok bezdomnych. Rano zawsze niosła im coś małego albo jedzenie.
Pewnego ranka znowu był tam młody mężczyzna o kulach. Kata kupiła mu herbatę, rogalika i włożyła do jego czapki pięćdziesiąt forintów.
– Dziękuję – szepnął nieśmiało, spuszczając wzrok.
Kata miała już odejść, gdy usłyszała krzyki. Trzech innych bezdomnych zaatakowało mężczyznę:
– Myślisz, że na kogo trafia tyle kasy? Za dużo dostałeś! – wrzeszczeli.
Potem zaczęli go kopać. Kata bez wahania wskoczyła między nich.
– Przestańcie! To człowiek! Żywy człowiek! Zabijecie go! Zadzwonię na policję!
Odwróciła się do jednego z nich:
– A ty co, matka? Jeszcze poronisz dziecko, lepiej wracaj do domu!
Ale Kata się nie wycofała. Krzyczała jeszcze głośniej.
– Zostawcie go! Już wystarczy, że kuleje, nie bijcie go też na śmierć!
Trzej napastnicy ostatecznie odeszli, plując i przeklinając.
Kata podeszła do leżącego na ziemi mężczyzny, podała mu chusteczkę i pomogła wstać.
– Chodź, zapraszam cię na zupę gdzieś. Nie zostawię cię tak.
Mężczyzna podziękował, ale powiedział tylko:
– Nie mogę iść… muszę tu zostać.
Kata się zasmuciła. Co to za człowiek? Dlaczego mu nie ufa?
Na wyjściu inny bezdomny, wujek Koszta, zawołał za nią:
– Nie gniewaj się na niego. Nie rozmawia z nikim. Nie znamy nawet jego imienia. Jakby był niemy.
Kata myślała o nim cały dzień. Jego oczy, uśmiech… było w nim coś znajomego, coś, co wciąż do niej wracało.
Następnego ranka znowu go zobaczyła. Tym razem czekał na nią z różą.
Piękną, białą różą. Nieśmiało ją podał:
– Czekałem na ciebie… bałem się, że nie przyjdziesz. To dla ciebie.
Kata się zaczerwieniła. Coś ciepłego wypełniło jej serce. Od tamtego czasu spotykali się codziennie rano. Krótko rozmawiali. Nic szczególnego, kilka słów… ale ten wzrok…
Patrzył na nią dokładnie tak, jak kiedyś Dénes.
A potem… któregoś dnia go nie było.
Kata szukała go bez skutku. Serce pękło jej na pół.
– No jasne. Co myślałam? Że zawsze będzie czekał jak wierny rycerz? Że znów będzie szczęśliwe zakończenie?
Ocknęła się dopiero, gdy wychodząc zauważyła dziwną scenę: policja właśnie zatrzymywała trzech napastników.
Akcję prowadził młody oficer.
Kata stanęła jak wryta. Mężczyzna też ją zobaczył.
Podszedł do niej, zdjął czapkę i trochę zawstydzony powiedział:
– Przepraszam… miałem akcję. Nie mogłem powiedzieć. Nie jestem bezdomnym. Nazywam się porucznik Gábor.
– Ty… ty jesteś policjantem?! – Kata nie mogła uwierzyć. – Ale… dlaczego?
– To była tajna operacja. I… już pierwszego dnia zauważyłem, jaka jesteś. Inna niż inni. Uratowałaś mnie. Sama.
– Ja tylko… – jąkała się Kata.
Gábor się uśmiechnął:
– Jutro. W zwykłym miejscu. Proszę, spotkajmy się.
– Boże… nadszedł czas… – wyszeptała przerażona i natychmiast zadzwoniła do Gábora.
– Nie bój się, kochanie! Dzwonię po pogotowie, zaraz jadę! – powiedział zdecydowanie mężczyzna.
W szpitalu Gábor niespokojnie chodził tam i z powrotem po korytarzu. Minęły dwie godziny. Wtedy wyszła pielęgniarka.
– Czy pan jest mężem?
– Tak! – odpowiedział bez namysłu.
– Straciła bardzo dużo krwi. Potrzebna jest natychmiastowa transfuzja. Jaka jest grupa krwi?
– A plus – odpowiedział szybko.
– W sam raz! Proszę iść, będzie pan dawcą!
Gábor ani przez chwilę się nie zawahał.
– Tylko uratujcie ją! I dziecko też!
Kiedy Kata obudziła się na intensywnej terapii, od razu zapytała:
– Gdzie jest mój syn? Żyje? Gdzie on jest?!
Pielęgniarka uśmiechnęła się.
– Wszystko w porządku, Kata. Bardzo dobrze. To piękny mały chłopiec, 4200 gramów! I wie pani, co zrobił mąż? Uratował życie. To jego krew była potrzebna, by mogła przeżyć i pani, i dziecko.
Łzy lały się po policzkach Katy. Szeptała:
– Dziękuję, Gábor. I dziękuję, Dénes… Nasz syn się urodził. Nazwę go tak, jak nazywano twojego dziadka. Gergő.
Pielęgniarka przyniosła chłopca.
– Proszę trzymać, mamo. Oto mały Gergő.
Gdy Kata przytuliła do siebie różową twarzyczkę i poruszające się malutkie rączki, ogarnęła ją miłość, jakiej nigdy wcześniej nie czuła. To było jej dziecko. Sens jej życia. Wszystko było tego warte.
Tydzień później Gábor czekał na nich przy szpitalu. W rękach miał balony, kwiaty i… pudełko z pierścionkiem.
Kiedy pielęgniarka podała mu Gergő, chłopiec przypadkowo się uśmiechnął. Gábor niemal oszalał ze szczęścia.
Kata chciała powiedzieć, że to nie jej dziecko, że jest tylko gościem… ale wtedy zobaczyła na twarzy Gábora wzruszenie, gdy patrzył na Gergő.
I nie mogła nic powiedzieć.
Pierwszy miesiąc był trudny. Płacz, zmęczenie, nocne pobudki. Kata czasem płakała ze zmęczenia. Ale Gábor był zawsze obok. Karmił, przewijał, kołysał Gergő. Prał, gotował, biegł do apteki.
Pewnego wieczoru, gdy kąpali Gergő razem po raz pierwszy, chłopiec nagle odezwał się i powiedział:
– Pa… pa… pa…
Oczy Gábora napełniły się łzami.
– To ty jesteś jego ojcem – wyszeptała zdziwiona Kata. – Nie Dénes. Ty…
Niedługo potem Gábor uklęknął przed nią w salonie, a mały Gergő gaworzył obok nich na dywanie. Wyjął pierścionek.
– Kata… proszę, zostań moją żoną. Chcę być kochającym ojcem dla Gergő.
A dla ciebie wiernym towarzyszem. Kocham was oboje. Jeśli powiesz „nie”, zaakceptuję to. Ale już nie potrafię udawać, że nic nie czuję.
Kata odpowiedziała tylko tyle: pocałowała go.
I w tej chwili wszystkie lęki i wątpliwości rozpłynęły się. Zostało tylko ciepło, objęcia i miłość.
Niedługo potem wzięli ślub. Rodzice Gábora przyjęli Katę z radością. Ale Kata nie potrafiła wybaczyć jednej osoby: rodzicom Dénesa. Nigdy nie przyszli. Nigdy się nie interesowali.
Gábor pewnego dnia wziął zdjęcie Gergő i poszedł do nich.
– To wasz wnuk – powiedział. – To taki sam jak wasz syn. Nie musicie akceptować Katy. Ale nie odmawiajcie chłopcu. To nieludzkie.
Rodzice byli najpierw sztywni. Potem… ojciec zobaczył zdjęcie. Chłopiec naprawdę przypominał Dénesa.
– Boże – powiedział płacząc starszy mężczyzna. – To mój wnuk…
Tydzień później stanęli w drzwiach Katy. Kwiaty, pluszaki, łzy.
– Przepraszamy, córeczko – powiedziała starsza kobieta. – Ból odebrał nam rozum. Odmówiliśmy czegoś, co jest największym darem. Naszemu wnukowi.
Kata przez chwilę tylko na nich patrzyła. Potem otworzyła drzwi.
– Gergő śpi. Ale jeśli będziecie cicho… możecie wejść.
Tego wieczoru, kiedy wszyscy wyszli, Kata przytuliła się do Gábora. Mężczyzna trzymał ją w ramionach.
– Dziękuję, że nas uratowałeś. Mnie też. Moją duszę. Potrzebowałam drugiej szansy.
Gábor ją pocałował.
– Wszyscy zasługujemy na szczęście. Ty, Gergő i ja.
Bo życie jest właśnie takie.
Czasem odbiera, czasem daje.
Ale zawsze daje nadzieję.
Jeśli wystarczająco mocno w nią wierzymy.







