„Twoja siostra bardziej go potrzebuje, ty sobie bez niego poradzisz!” – zakpił mój mąż, oddając jej mojego laptopa przy całej rodzinie. Godzinę później jego konsola do gier była już w drodze do mojego brata.

Interesujące

– Gela, nie szukaj suszarki. Zawiozłem ją do Zlatki.

Stałam na środku kuchni z miską pokrojonych w plasterki białych jabłek. Palce kleiły mi się od soku, a półka w spiżarni świeciła pustkami. Dwa wiadra jabłek przywieźliśmy z działki, a do soboty trzeba było je przerobić. W dużym pokoju komentator piłkarski wrzeszczał na całe gardło.

– Kiedy ją zawiozłeś? – zapytałam przez otwarte drzwi.

– Wpadłem w południe. Zaczęły jej rosnąć grzyby, a nie ma na czym ich suszyć. – Witalij nawet się nie odwrócił, tylko poruszył drążkiem kontrolera. – Mojej siostrze jest bardziej potrzebna.

To zdanie słyszałam już od sześciu lat. Odkąd Zlata się rozwiodła i wróciła do matki, do dwupokojowego mieszkania, z naszego domu powędrowało do niej jedenaście rzeczy. Kuchenka mikrofalowa, koc, robot sprzątający. Pierwszą, multicooker, oddałam jej sama. Było mi jej wtedy naprawdę żal, a urządzenie nie było mi niezbędne. Tyle że później nikt już nie pytał mnie o zdanie.

– Witalij, mogłeś chociaż powiedzieć. Jabłka nie wytrzymają do soboty.

– Daj spokój, robisz aferę o suszarkę? Wysuszysz je w piekarniku! – Mąż strzelił gola i z zadowoleniem prychnął. – W rodzinie wszystko jest wspólne. Po co tak liczysz, co do ciebie należy?

Próbowałam już nie liczyć. Trzy lata wcześniej poprosiłam go tylko, żeby uprzedzał mnie, zanim coś zabierze. Opowiedział o wszystkim swojej matce. Emma Kornejewna przez cały wieczór nazywała mnie skąpą i małostkową.

A ja milczałam. Nasza córka wciąż wtedy z nami mieszkała i kończyła szkołę. Wstydziłam się kłócić przy niej o odkurzacz. Czymże był odkurzacz wobec dwudziestu siedmiu lat małżeństwa?

Tyle że rzeczy nadal znikały, a podziękowania zawsze zbierał Witalij.

– A sama kupiłaś sobie zabawkę za osiemdziesiąt sześć tysięcy rubli – dodał. – I jakoś nie powiedziałem ani słowa.

– To nie zabawka. Na tym pracuję.

– Pracujesz? Wciskasz te swoje polisy na komputerze, a potem udajesz bizneswoman!

Jestem agentką ubezpieczeniową. Obsługuję sześciuset klientów, współpracuję z pięcioma towarzystwami ubezpieczeniowymi, a całe moje biuro mieści się w jednym laptopie. Baza danych, kalkulacje, konta klientów, umowy. Kupiłam go w lutym za prowizję od dużej transakcji.

W lipcu zarobiłam siedemdziesiąt jeden tysięcy rubli. Witalij dostawał osiemdziesiąt pięć tysięcy za pracę w magazynie.

Ale według niego moje zarobki to były drobne na pończochy i spinki do włosów.

Tydzień po zakupie laptopa wypłacił sześćdziesiąt siedem tysięcy rubli ze wspólnego konta oszczędnościowego na wakacje i przyniósł do domu konsolę do gier. Powiedział: ty masz swoją zabawkę, ja mam swoją. Pudełko postawił na szafie, żeby nic się z nim nie stało.

O swoją zabawkę dbał wyjątkowo troskliwie.

Wiosną odwiedził nas mój brat Stiepan z synem Fiedią. Chłopak miał trzynaście lat i już drugi rok odkładał pieniądze na taką samą konsolę. Patrzył na urządzenie, jakby zobaczył cud. Witalij pozwolił mu pograć przez dwadzieścia minut, po czym natychmiast odebrał mu kontroler.

– Jeszcze mi to upaćkasz.

– A tak przy okazji – odezwał się mąż, wciąż wpatrzony w ekran – Zlatka zapisała się na kurs projektowania wnętrz. Zaczyna piętnastego września. Potrzebuje porządnego laptopa, bo jej stary nie radzi sobie z programem.

Nóż zatrzymał mi się nad jabłkiem.

– I co z tego?

– Twój będzie dla niej idealny. I tak siedzisz w domu, swoje ubezpieczenia możesz przecież załatwiać przez telefon.

Sok zapiekł mnie w skaleczeniu, a w uszach zaszumiało tak, jakby komentator wrzeszczał prosto do mojej głowy.

Zlata wcześniej porzuciła kurs szycia po miesiącu, a szkolenie z przedłużania rzęs po dwóch. Moją maszynę do szycia sprzedała później w internecie. Teraz postanowiła zostać projektantką wnętrz.

Odłożyłam nóż, wytarłam ręce i założyłam kosmyk włosów za ucho. Plecy same mi się wyprostowały, tak jak zawsze przed trudną rozmową z klientem.

Weszłam do pokoju i stanęłam między mężem a telewizorem.

– Odsuń się, Gela! Będzie rzut karny!

– Do jutra wieczorem przywieziesz suszarkę. Sam. I jeszcze jedno: mój laptop to moje biuro. Nikt w tym domu nie ma prawa go ruszać.

– Jakie tam biuro? Twoim biurem jest kanapa!

Nie odpowiedziałam. Wyjęłam telefon, zadzwoniłam do szwagierki i włączyłam głośnik.

– Cześć, Zlata. Jutro potrzebuję suszarki. Witalij przyjedzie po nią po pracy.

– Oj, Gielaczka, ale mam tam trzy tace pełne borowików! Przecież są jeszcze wilgotne!

– Dokończysz suszenie w piekarniku. Jutro chcę ją z powrotem.

Rozłączyłam się.

Za moimi plecami rozległ się ryk kibiców. Witalij nie strzelił karnego.

– Ty naprawdę zadzwoniłaś do mojej siostry? – zapytał, jakbym nagle zaczęła mówić po chińsku.

Przez sześć lat ani razu nie zadzwoniłam do niej sama. Zawsze prosiłam męża, czekałam, przypominałam, a potem w końcu kupowałam nową rzecz.

Witalij bez słowa wyszedł na balkon zapalić.

Wróciłam do jabłek. Ręce pachniały owocami, skronie pulsowały i nagle zrozumiałam coś ważnego: nie bałam się.

Dziwiło mnie tylko, że może wystarczyć jeden telefon.

Następnego dnia suszarka wróciła na swoje miejsce. Pachniała cudzymi grzybami, więc dwa razy umyłam wszystkie tacki. Wieczorem po mieszkaniu unosił się już słodki zapach jabłek.

Witalij nie odzywał się do mnie przez dwa dni. Nocami demonstracyjnie grał, czasem do pierwszej nad ranem.

A ja układałam plasterki jabłek i myślałam, że może właśnie tak wygląda zwycięstwo.

Minęło półtora tygodnia.

Wróciłam od klienta i zobaczyłam w przedpokoju sandały Zlaty. Z mojego pokoju dobiegał stukot klawiatury.

Szwagierka siedziała przy moim biurku i pisała dwoma palcami. Obok stał talerzyk z waflami, a okruchy leżały bezpośrednio na klawiaturze. W pokoju unosił się ciężki, słodkawy zapach perfum.

– Gielaczka, cześć! Używam go bardzo ostrożnie. Witalik pozwolił mi wypełnić formularz zgłoszeniowy na kurs. Na telefonie to takie niewygodne.

Mąż stał w drzwiach z kontrolerem w ręku. Wyglądał na zadowolonego. Pomógł siostrze, a przy okazji pokazał mi, kto w tym domu podejmuje decyzje.

Podeszłam bliżej.

Tego dnia odwiedziłam trzech klientów, nogi mnie bolały i marzyłam tylko o prysznicu. Ale poprzedniej nocy pracowałam do pierwszej nad ranem nad ofertą ubezpieczenia floty samochodowej. Czternaście Gazeli, trzy towarzystwa ubezpieczeniowe, OC i autocasco dla każdego pojazdu. Rano wyszłam w pośpiechu i zostawiłam otwarty arkusz kalkulacyjny.

Następnego dnia o dziewiątej miałam spotkanie z właścicielem firmy.

Tymczasem pliku nie było już na ekranie.

– Zlata, gdzie jest mój arkusz?

– Jaki? Ojej, tyle okien było otwartych, wszystko strasznie się zacinało! Zamknęłam je. Jedno zapytało, czy zapisać zmiany, więc kliknęłam „nie”, bo bałam się, że komputer się zawiesi.

Otworzyłam folder. Plik miał datę sprzed dwóch dni. Kolumny były puste, nie było w nich ani jednej liczby.

Sprawdziłam kosz, pliki tymczasowe i pocztę.

Nic.

Cztery godziny pracy zniknęły po jednym kliknięciu.

– Gielaczka, skąd miałam wiedzieć, że to takie ważne? Mogłaś to podpisać!

– Zamknęła i po sprawie! Co za tragedia? – wtrącił Witalij. – Wpiszesz swoje cyferki od nowa.

– To kalkulacja umowy, na której zarobię dziewięćdziesiąt tysięcy rubli. Na laptopie mam też dane osobowe sześciuset klientów, za które odpowiadam. Pozwoliłeś obcej osobie grzebać w mojej pracy.

– Kogo obchodzą te twoje numery paszportów? I od kiedy moja siostra jest obca? Dlaczego pilnujesz tego złomu, jakby był ze złota? Rzeczy powinny służyć rodzinie!

Spojrzałam na niego.

– Której rodzinie, Witalij?

Nie odpowiedział.

Zlata z urazą ugryzła wafla.

Dwa lata wcześniej zaproponowałam mężowi, żebyśmy dawali jego siostrze pięć tysięcy rubli miesięcznie. Dzięki temu miałaby stałą pomoc i przestałaby wynosić z naszego domu kolejne rzeczy.

Witalij wtedy się oburzył.

– Co ja jestem, jakiś ośrodek pomocy społecznej?

Dawanie jej pieniędzy było dla niego upokarzające, ale rozdawanie moich rzeczy najwyraźniej nie stanowiło żadnego problemu.

– Gela, nie gniewaj się – powiedziała szwagierka pojednawczo. – Dopiero uczę się tego programu. Witalik mówił, że po kursie laptop i tak będzie mój.

Odwróciłam się do męża.

Nagle bardzo zainteresował się lampą sufitową.

– Witalij, to prawda?

– No i co z tego? Moja siostra chce się uczyć, zacząć nowe życie. A ty wszystko możesz załatwić przez telefon.

Palce zrobiły mi się lodowate, jak w listopadzie, gdy stoi się na dworze bez rękawiczek.

Wtedy zrozumiałam, że rozmowa przy misce jabłek wcale nie była pytaniem. Już wtedy postanowili za mnie, co stanie się z moją własnością.

Na ekranie wciąż widniał formularz Zlaty. Pole „Dlaczego chcę zostać projektantką wnętrz?” było zapisane od góry do dołu.

Założyłam kosmyk włosów za ucho, pochyliłam się i zamknęłam okno.

– Zwariowałaś?! – pisnęła Zlata. – Pisałam to pół godziny!

– Coś mnie zapytało, więc kliknęłam „zamknij”. Bałam się, że się zawiesi.

– Witalik!

– Pół godziny, Zlata. Mnie przepadły cztery godziny pracy. A teraz wstań od mojego biurka.

Wstała. Drżały jej usta, tusz spłynął jej pod oczami.

Usiadłam na krześle, zgarnęłam okruchy i na oczach obojga ustawiłam hasło składające się z dwunastu znaków.

– Ty jesteś normalna? – Witalij wreszcie wszedł do pokoju. – Popatrz, ona płacze!

– Nie obiecuj nikomu mojego laptopa. Ani na kurs, ani na urodziny. Nie jest twój, żebyś mógł go rozdawać.

Zlata chwyciła torebkę i wybiegła, trzaskając drzwiami.

Mąż poszedł za nią, a po dziesięciu minutach wrócił wściekły.

– Doprowadziłaś ją do łez! Przez jakiś głupi arkusz! Nie wstyd ci?

– Wstydzę się. Tego, że milczałam przez tyle lat.

Kiedy wreszcie zostałam sama, siedziałam przez chwilę i słuchałam cichego szumu wentylatora laptopa.

Czy byłam okrutna?

Może.

Ale w tym domu nikt nie słyszał moich słów. Zamknięte okno zauważyli wszyscy.

Zaparzyłam kawę i pracowałam do wpół do trzeciej w nocy, odtwarzając arkusz. Oczy mnie piekły, kawa była gorzka, a cyfry zlewały się przed oczami.

Przed snem włączyłam automatyczne kopie zapasowe w chmurze. Od tej pory każdy plik miał zapisywać się sam co dziesięć minut.

Następnego ranka właściciel floty obejrzał ofertę i powiedział tylko:

– Biorę wszystkie czternaście.

W poniedziałek miał zrobić przelew, a we wtorek kończyły się stare polisy, więc na załatwienie wszystkiego miałam dokładnie jeden dzień.

Wracałam do domu marszrutką i uśmiechałam się jak nastolatka.

Wieczorem zadzwonił Stiepan. Opowiedziałam mu, co się stało, a on śmiał się tak głośno, że mnie też zrobiło się ciepło na sercu.

– Dawno powinnaś była tak zrobić, siostrzyczko. Już myślałem, że sam będę musiał pogadać z twoim mężem.

Witalij przez dwa dni rozmawiał wyłącznie z telewizorem.

W czwartek rzucił przez ramię, nawet na mnie nie patrząc:

– W sobotę mama kończy siedemdziesiąt pięć lat. Robimy przyjęcie u nas. I nie rób żadnych scen przy gościach.

Gotować zaczęłam już w czwartek. Dwa wieczory i cała sobota przed południem minęły mi przy kuchence.

Pieczona wieprzowina z czosnkiem, galareta mięsna, trzy sałatki, placek z kapustą.

O czwartej po południu przy stole siedziało nas sześcioro: ja z Witalijem, Emma Kornejewna, Zlata oraz ciocia Frosia z mężem.

Nie żywiłam szczególnej urazy do teściowej. Siedemdziesiąte piąte urodziny obchodzi się tylko raz i nie zamierzałam psuć jej tego dnia.

Zlata natomiast od czasu historii z formularzem patrzyła przeze mnie, jakbym w ogóle nie istniała.

Na stole pachniało czosnkiem i koperkiem, kieliszki brzęczały, a ciocia Frosia głośno chwaliła placek.

Wtedy Emma Kornejewna wstała i uniosła kieliszek.

– Chciałabym wznieść toast za mojego syna. Mój Witalik to prawdziwe złoto! Nigdy nie zostawił siostry w potrzebie. Przywiózł jej multicooker, dał pieniądze na zęby i oddał jej tego robota sprzątającego. Nie każdy brat jest taki wspaniały!

Wszyscy pokiwali głowami.

Jadłam sałatkę, ale nie czułam jej smaku.

Multicooker kupiłam za premię. Odkurzacz za pierwszą dużą prowizję. Za leczenie zębów również zapłaciłam własną kartą.

Nie odzyskałam ani jednego rubla.

Pamiętałam też, jak dwa lata wcześniej ukryłam odkurzacz w szafie, za zimowymi płaszczami. Witalij go znalazł, a potem przy tym samym stole opowiedział wszystkim, jak śmiesznie się zachowywałam.

Wtedy wszyscy się śmiali.

Wszyscy oprócz mnie – przypomniałam sobie.

– Daj spokój, mamo – powiedział skromnie Witalij, odchylając się na tylnych nogach krzesła. – Trzeba sobie pomagać. Rodzina to rodzina.

– A ja nie mam na czym się uczyć – westchnęła Zlata. – Mój stary komputer nie obsługuje programu.

– Coś wymyślimy, Zlatka. Mamy przecież jeden niepotrzebny laptop. Gela tylko stuka w niego te swoje polisy i układa pasjansa.

Przy stole rozległ się śmiech.

– Siedzi po nocach i klika – ciągnął Witalij. – Nasza mała bizneswoman. Dorabia sobie na drobne wydatki.

– A ile teraz kosztują takie drobne wydatki? – zapytała wesoło ciocia Frosia.

– Oj, ciociu, nic wielkiego – machnęła ręką Zlata. – W sam raz na rajstopy.

Wszystkie pięć par oczu skierowało się na mnie.

Czekali, aż się zaczerwienię, wstanę i przyniosę kolejne danie.

Wcześniej zawsze tak robiłam. Wracałam do kuchni i przynosiłam półmisek z uśmiechem.

Policzki mi płonęły, a widelec ciążył w dłoni jak hantel.

Tyle że teraz miałam za sobą nieprzespaną noc, hasło z dwunastu znaków i klienta, który powiedział: „Biorę wszystkie czternaście”.

Czy naprawdę miałam znowu milczeć?

Odłożyłam widelec. Ułożyłam nóż, łyżkę i kieliszek w jednej, równej linii.

– W lipcu moje „drobne na rajstopy” wyniosły siedemdziesiąt jeden tysięcy rubli, ciociu Frosiu. A skoro już liczymy prezenty, policzmy je porządnie. Multicooker kosztował dziewięć tysięcy. Maszyna do szycia – dwadzieścia trzy tysiące. Zlata później ją sprzedała. Robot sprzątający – dwadzieścia sześć tysięcy. Na jej zęby dałam czterdzieści tysięcy, a na kurs przedłużania rzęs trzydzieści.

Mówiłam spokojnie, tak jak tłumaczę klientowi warunki umowy ubezpieczeniowej.

– To razem sto dwadzieścia osiem tysięcy rubli, Emma Kornejewna, a wymieniłam tylko większe wydatki. Wszystko kupiłam za własne pieniądze. Pani syn rzeczywiście jest na wagę złota. Tyle że to złoto zostało kupione za moje pieniądze.

Przy stole zapadła taka cisza, że z kuchni było słychać kapiący kran.

– No, czegoś takiego jeszcze nie słyszałem – mruknął mąż cioci Frosi i odłożył widelec.

– Gielaczka, po co to wszystko wyliczać? – wyjąkała teściowa. – Przecież jesteśmy rodziną!

– Ja o nic nie prosiłam! – wybuchnęła Zlata. – Witalik sam przywoził mi te rzeczy!

Zerwała się z krzesła i wybiegła do przedpokoju.

Ciocia Frosia zakaszlała w serwetkę, ale jej ramiona drżały z zupełnie innego powodu.

Krzesło Witalija z hukiem opadło na wszystkie cztery nogi. Twarz pokryła mu się czerwonymi plamami.

A potem nagle się roześmiał i uniósł ręce.

– Dobra, poddaję się! Policzyłaś, brawo. Nikt nie będzie ruszał twojego laptopa. Pracuj sobie na zdrowie! Mamo, wypijmy za ciebie!

Stuknął kieliszkiem o kieliszek matki, nalał mi wina i ścisnął mnie za ramię.

– Trochę mnie poniosło, Gela. Zapomnijmy o tym.

– No i pięknie! – odetchnęła z ulgą Emma Kornejewna. – Widzicie? Już się pogodzili.

I uwierzyłam mu.

Pomyślałam, że może wreszcie przemówiłam językiem, który mój mąż rozumie. A może tak bardzo chciałam w to wierzyć, że oszukiwałam samą siebie.

W kuchni otworzyłam piekarnik. Uderzyło mnie gorące powietrze. Skórka pieczeni była ciemnozłota, a zapach czosnku wypełniał całe pomieszczenie.

Stałam z rękawicami kuchennymi w dłoniach i czułam, jak napięcie powoli ustępuje z moich pleców.

Powiedziałam wszystko, co należało powiedzieć. Przy wszystkich.

I sufit nie runął.

– Dawno powinnaś była to zrobić, Gielaczka – szepnęła ciocia Frosia, zaglądając do kuchni po czyste talerze. – Sto razy mówiłam Emmie: jej syn rozdaje nie swoje rzeczy.

Miałam ochotę ją uściskać.

Po raz pierwszy ktoś przy tym stole stanął po mojej stronie.

Przez otwarte drzwi widziałam, jak Witalij szepcze coś Zlatce w przedpokoju. Szwagierka ocierała oczy.

Pewnie ją pociesza, pomyślałam.

Przełożyłam mięso na półmisek.

I wtedy usłyszałam znajomy dźwięk.

Ktoś właśnie zapinał zamek błyskawiczny torby na mojego laptopa.

Wyszłam z kuchni z półmiskiem w rękach.

Witalij stał pośrodku przedpokoju, a szara torba z moim laptopem wisiała mu na ramieniu. Zlata miała już na sobie płaszcz i trzymała w osobnej reklamówce ładowarkę.

– Witalij. Odłóż go.

Mąż spojrzał w stronę pokoju. Teściowa, ciocia Frosia i jej mąż obserwowali nas zza stołu.

Witalij zdjął torbę z ramienia i zawiesił ją na ramieniu siostry, ostrożnie, jakby wręczał jej medal.

– Mojej siostrze jest bardziej potrzebny. Ty sobie poradzisz! – uśmiechnął się szyderczo. – Lubisz liczyć, prawda? To sobie policz: sto dwadzieścia osiem tysięcy plus osiemdziesiąt sześć.

Dopiero wtedy zrozumiałam, co naprawdę oznaczało jego wcześniejsze pojednanie.

Publicznie wymieniłam kwoty, więc teraz postanowił publicznie mi odpłacić.

Rano schowałam torbę za fotelem. Myślałam, że w dniu urodzin własnej matki nie posunie się tak daleko.

Myliłam się.

– Są tam dane moich klientów. W poniedziałek muszę sfinalizować ubezpieczenie floty.

– Wpiszesz wszystko z telefonu. A hasło później podasz Zlatce.

– Gielaczka, naprawdę będę o niego dbać – zapiszczała szwagierka, przyciskając torbę łokciem.

– Gela, usiądź, proszę – wtrąciła Emma Kornejewna. – Nie róbcie scen w moje urodziny. Przecież rzecz zostaje w rodzinie!

– Ojej, taksówka już przyjechała! – Zlata spojrzała na telefon. – Mamo, jeszcze raz wszystkiego najlepszego!

A więc taksówkę zamówili wcześniej, kiedy wyjmowałam mięso z piekarnika.

Zlata natychmiast wymknęła się za drzwi, nawet na mnie nie patrząc. Witalij chwycił torbę z ładowarką i poszedł ją odprowadzić.

Gorący półmisek parzył mnie w dłonie nawet przez rękawice kuchenne. Zaniosłam go do stołu i postawiłam przed teściową.

Z pieczeni unosiła się para. W pokoju pachniało czosnkiem i musztardą, ale nikt nie sięgał po widelec.

Co mogłam teraz zrobić?

Miałam kopię zapasową w chmurze. Najnowszą. Hasła nikomu nie zdradzę.

Zabrali mi komputer, ale nie zabrali mojej pracy.

A może mój mąż właśnie stracił pewność, że znów wszystko przełknę w milczeniu.

Biec za taksówką? Szarpać torbę z ramienia szwagierki na oczach gości?

Przez sześć lat przegrywałam zawsze wtedy, gdy zaczynałam błagać o to, co należało do mnie.

Nie zamierzałam już błagać.

Założyłam kosmyk włosów za ucho i wyjęłam telefon.

– Stiopa, jesteś w domu?

– Jestem. Co się stało, Gela?

– Przyjedź do nas. Mam prezent dla Fiedi. Duże pudło, więc najlepiej samochodem.

– Co się wydarzyło?

– Na miejscu ci wyjaśnię.

– Dobrze. Będę za jakieś czterdzieści minut.

Odłożyłam telefon, przysunęłam stołek do telewizora, zdjęłam z szafy zakurzone pudełko i usiadłam przed konsolą.

Obudowa była gładka i chłodna.

Odłączyłam jeden przewód, potem drugi. Dwa kontrolery ułożyłam w przegródkach.

– Gela, co ty robisz? – przestraszyła się teściowa.

– Pakuję, pani Emmo Kornejewna. Przecież w rodzinie wszystko jest wspólne.

Ciocia Frosia przestała jeść, gdy zamknęłam wieko pudełka.

Witalij wrócił, kiedy zaklejałam karton taśmą. Jej trzask rozlegał się w całym pokoju.

– Co ty wyprawiasz?! Odłóż to tam, skąd wzięłaś!

– Zadzwoń do siostry. Niech taksówka zawróci. Laptop na stół, konsola pod telewizor.

– Nie odbiorę siostrze prezentu!

– W takim razie ja też nie odbiorę prezentu mojemu siostrzeńcowi.

– Jakiego siostrzeńcowi?

– Fiedzi. Sam powiedziałeś: ty masz zabawkę, ja mam zabawkę. A w rodzinie wszystko jest wspólne.

Witalij przez trzy sekundy tylko się na mnie gapił. Potem prychnął i usiadł z powrotem przy stole.

– Blefujesz – powiedział głośno, żeby wszyscy słyszeli. – Nie masz na to odwagi. I komu niby ją oddasz? Mamo, podaj jeszcze mięsa.

– Syn ma rację – przytaknęła teściowa. – Niech ostygnie, Gielaczka. Chodź, jedz.

Wyniosłam pudełko do przedpokoju i wróciłam do stołu.

Kolejne minuty ciągnęły się jak oczekiwanie w przychodni.

Witalij głośno opowiadał o pracy w magazynie, odchylał się na krześle i co chwilę zerkał na drzwi.

Mięso wystygło. Tłuszcz na półmisku zaczął bieleć.

Kroiłam placek, ale nie czułam już palców.

A jeśli Stiepan utknie w korku?

A jeśli w ostatniej chwili sama się wycofam?

Kilka minut po wpół do siódmej zadzwonił dzwonek.

Wszedł Stiepan, wysoki, barczysty, w roboczej kurtce pachnącej deszczem i benzyną.

– Wszystkiego najlepszego, pani Emmo Kornejewna! – przywitał teściową, po czym spojrzał na mnie. – To to?

– To.

– No to zabieramy.

Brat sięgnął po pudełko, ale nagle się zatrzymał.

– Przecież to Witalija?

– Było. Dzisiaj w tym domu oddaje się rzeczy tym, którym są bardziej potrzebne.

Witalij zerwał się tak gwałtownie, że przewrócił krzesło.

– Stiopa, nie ruszaj! To moja rzecz!

Brat spojrzał na mnie.

– Mojemu bratu jest bardziej potrzebna – powiedziałam do męża. – Ty sobie poradzisz.

Stiepan podniósł pudełko.

– Jeśli będziesz chciał ją odzyskać, Witalij, oddam ją na jedno słowo. Na słowo Geli.

Mąż nie odważył się wszcząć bójki ze szwagrem przy własnej matce.

Drzwi się zamknęły.

Od chwili, gdy Zlata odjechała taksówką z moim laptopem, minęła dokładnie godzina.

– Wstyd! – zapłakała teściowa. – W moje urodziny!

– Moim zdaniem jest jeden do jednego, Emmo – odpowiedziała ciocia Frosia i wreszcie nałożyła sobie pieczeni.

Witalij odwrócił się do mnie z zachrypniętym głosem.

– Rozumiesz, co zrobiłaś? Przy mojej matce! Przez jakiś kawałek elektroniki!

– Dzisiaj nie oddałeś jakiegoś kawałka elektroniki. Oddałeś moją pracę razem z nim.

Goście szybko się rozeszli.

Ciocia Frosia na pożegnanie ścisnęła mnie za ramię. Witalij zamknął się w sypialni.

Zmywałam naczynia. Gorąca woda parzyła mi palce, a wewnątrz czułam pustkę i dziwny, dźwięczący spokój.

Czy postąpiłam słusznie?

Nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi.

O dziewiątej wieczorem dostałam wiadomość od Stiepana. Fiedia siedział z kontrolerem w dłoniach i miał szeroko otwarte oczy. Wciąż myślał, że to jakiś żart.

„Myśli, że zaraz po nią wrócimy” – napisał brat.

O wpół do dziesiątej zadzwonił telefon Witalija. Dzwoniła Zlata.

Przez drzwi słyszałam, jak mąż coraz głośniej pyta:

– Jak to nie znasz hasła?

Potem wyszedł na korytarz.

– Podaj hasło!

– Przywieź mi laptopa, a podam.

Minął miesiąc.

W niedzielę po urodzinach teściowej pojechałam do sklepu i kupiłam nowego laptopa za dziewięćdziesiąt dwa tysiące rubli.

Zapłaciłam ze wspólnego konta oszczędnościowego na wakacje, tego samego, z którego Witalij wcześniej zabrał pieniądze na konsolę.

Przecież wszystko jest wspólne, prawda?

Konto było na moje nazwisko. Jeszcze tego samego dnia odebrałam mężowi dostęp do niego.

Wieczorem przywróciłam bazę danych z chmury, a w poniedziałek załatwiłam wszystkie czternaście polis.

Stary laptop Zlata podobno zaniosła do serwisu. Według męża za półtora tysiąca rubli ktoś przeinstalował system, a wraz z nim zniknęło hasło i cała moja baza danych.

Kurs projektowania wnętrz porzuciła po dwóch tygodniach.

Teraz ogląda na tym komputerze seriale.

Witalij śpi w dużym pokoju, naprzeciwko pustej szafki pod telewizorem. Rozmawiamy wyłącznie o rachunkach i o tym, kto kupi chleb.

Emma Kornejewna nie dzwoni. Przez syna przekazała mi, że wciągnęłam dziecko w rodzinne awantury i że nie zasłużyła na takie urodziny.

Jeśli chodzi o Fiedię, być może ma rację.

Stiepan uczciwie przyznał, że chłopak przeszedł już prawie całą grę. Zasypia z kontrolerem w objęciach. Brat może przywieźć pudełko z powrotem w każdej chwili, ale tylko na moje słowo.

Powiedział to również Witalijowi.

A więc jeśli chcę odzyskać konsolę, będę musiała zabrać ją chłopcu.

Przez cały miesiąc z naszego domu nie zniknęła jednak ani jedna rzecz.

Suszarka stoi na półce w spiżarni i wiem, że jutro również ją tam znajdę.

Wczoraj wieczorem Witalij zatrzymał się w drzwiach mojego pokoju.

– Oddaj konsolę. Wtedy porozmawiamy.

– Przywieź mi laptopa. Tego samego wieczoru konsola wróci pod telewizor.

– Nie będę odbierał jej siostrze. Dałem jej słowo.

Mój stary laptop nie jest mi już potrzebny.

Potrzebuję, żeby mój mąż choć raz w życiu sam przyniósł z powrotem to, co wcześniej zabrał.

Bo teraz nie chodzi już o to, które z nas pierwsze odda drugiemu jego rzecz, lecz o to, czy Witalij wreszcie zrozumie, że w małżeństwie nie wszystko należy do tego, kto najgłośniej powtarza, że przecież rodzina jest najważniejsza.

Visited 2 times, 2 visit(s) today
Oceń ten artykuł