„To ty zaprosiłeś swoich krewnych, więc ty ich nakarm!” — powiedziałam mężowi, zabrałam jedzenie i wyjechałam.

Interesujące

W piątkowy wieczór Siergiej otworzył lodówkę, spojrzał na starannie wypełnione półki i z zadowoleniem zadzwonił do swojej matki.

– Mamo, jutro niczego ze sobą nie przywoźcie. Lodówka jest pełna. Oksana wszystko przygotuje.

Stałam wtedy w przedpokoju z torbą w ręku i przez kilka sekund byłam przekonana, że się przesłyszałam.

Lodówka rzeczywiście była pełna.

Tyle że to ja ją zapełniłam.

Zaledwie dwie godziny wcześniej wróciłam z pracy i po drodze zrobiłam jeszcze zakupy. Planowałam w weekend przygotować jedzenie na kilka dni do przodu. Od poniedziałku zaczynał się dla mnie ciężki tydzień i zupełnie nie uśmiechało mi się codziennie po siódmej wieczorem stać jeszcze godzinami przy kuchence.

Siergiej zakończył rozmowę, odłożył telefon i zupełnie spokojnie oznajmił:

– Jutro przyjadą moi. Tak około trzeciej.

Spojrzałam na niego.

– Kto?

– No… rodzina.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin coś między nami zmieni się na zawsze.

 Zaprosił dziewięciu gości. Tylko zapomniał zapytać mnie.

Byliśmy małżeństwem od ośmiu lat. Nigdy nie miałam poważnych konfliktów z jego rodziną. Nie byli złymi ludźmi. Czasami byli głośni, czasami zbyt bezpośredni, ale ogólnie byli całkiem w porządku.

Problem polegał na czymś innym.

Siergiej miał dziwne przekonanie, że zaproszenie gości i zajęcie się nimi to obowiązek tej samej osoby.

On załatwiał wszystko w trzy minuty.

Dzwonił do matki, siostry albo ciotki:

„Przyjedźcie do nas w sobotę”.

I tyle.

Potem zaczynała się moja zmiana.

Zakupy. Gotowanie. Sałatki. Mięso. Dodatki. Ciasto. Nakrywanie do stołu. Kawa. Zmywanie. Sprzątanie.

Na początku nawet nie zauważyłam, kiedy stało się to czymś oczywistym.

Za pierwszym razem pomogłam.

Za drugim przygotowałam wszystko sama.

Za trzecim Siergiej już bez zastanowienia mówił krewnym:

– Oksana coś przygotuje.

I przygotowywałam.

Aż do tego piątkowego wieczoru.

– Dokładnie ile osób przyjedzie? – zapytałam.

Siergiej zaczął liczyć na palcach.

– Mama, Swieta z Paszą, ciocia Nina, Kostia z żoną… i prawdopodobnie dzieci też przyjadą. Razem z nami będzie dziewięć osób.

Powoli wypuściłam powietrze.

– A kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć?

Siergiej ponownie otworzył lodówkę, jakby odpowiedź znajdowała się gdzieś pomiędzy garnkiem z zupą a twarogiem.

– Właśnie teraz mówię. O co ci chodzi?

– Zaprosiłeś już wszystkich?

– No tak. Mama zaproponowała to jeszcze po południu. Powiedziałem, że mogą przyjechać do nas. Mamy przecież wystarczająco dużo miejsca.

Mamy miejsce.

To właśnie to zdanie najbardziej mnie uderzyło.

Mieszkanie rzeczywiście miało miejsce.

Siergiej miał ochotę.

Jego matce to odpowiadało.

Tylko nikt nie zapytał jednej osoby, która następnego dnia miała spędzić kilka godzin w kuchni.

Mnie.

 Siergiej już w myślach opróżnił moją lodówkę

Wyjął dużą paczkę kurczaka.

– Możesz upiec go z ziemniakami.

Potem spojrzał na warzywa.

– Zrobiłabyś dwie sałatki. Mama bardzo lubi też pierogi z kapustą. Jakbyś zdążyła, byłoby świetnie.

Podniosłam wzrok.

– Sierioża, żadnych pierogów nie będzie.

– Dobrze, to nie rób.

– Nie zrozumiałeś. Jutro w ogóle nie zamierzam gotować dla dziewięciu osób .

Zatrzymał się z paczką kurczaka w rękach.

– Co?

– To nie ja ich zapraszałam.

– Oksana, to moja rodzina.

– Wiem. I właśnie dlatego nie rozumiem, dlaczego to ja mam nakarmić twoją rodzinę, skoro to ty ją zaprosiłeś.

Twarz Siergieja stężała.

– Znowu robisz problem z niczego.

– Nie. Po prostu pytam, dlaczego oczywiste jest, że to ja mam się tym zająć.

– Lodówka jest pełna! Czego jeszcze potrzeba? Pokroisz coś, upieczesz, postawisz na stole.

– To zrób to ty.

Siergiej ciężko westchnął.

– Bo ty gotujesz szybciej.

Po chwili dodał:

– Naprawdę chcesz robić z tego zasadę?

Znałam to zdanie.

Przez osiem lat nauczyłam się, że kiedy Siergiej mówił o „zasadach”, zazwyczaj oznaczało to, że ja mam rozwiązać problem, a on będzie obrażony, że w ogóle ośmieliłam się go zauważyć.

Nie kłóciłam się dalej.

 W sobotni poranek podjęłam decyzję

Około dziewiątej Siergiej siedział już przy śniadaniu.

– Po obiedzie muszę na chwilę wyskoczyć coś załatwić – oznajmił. – Wrócę, zanim przyjadą.

Spojrzałam na niego.

– A kiedy będziesz gotował?

Natychmiast odstawił kubek.

– Znowu zaczynasz?

– Nie. Tylko pytam.

Zapadła cisza.

Po chwili odezwał się już łagodniej:

– Oksana, pomóż mi dzisiaj, proszę. Nie chcę robić nie wiadomo czego przy wszystkich. Przecież już ich zaprosiłem.

Znowu to słowo.

Już.

Już zaprosiłem.

Już obiecałem.

Już zdecydowałem.

A potem z jakiegoś powodu to ja zawsze musiałam się dostosować.

Wstałam.

Pozbierałam filiżanki po śniadaniu, wytarłam blat i poszłam do spiżarni.

Wyjęłam dwie duże torby na zakupy.

Siergiej początkowo nawet nie zwrócił na to uwagi.

Dopiero kiedy zobaczył, że wyjmuję z lodówki warzywa, mięso, nabiał i kolejne produkty, podniósł się z krzesła.

– Co ty robisz?

– Jadę do mamy.

– Z tym wszystkim?

– Tak.

– Po co zabierasz jedzenie?

Zamknęłam lodówkę.

– Bo wczoraj obiecałam mamie, że do niej przyjadę. Przygotuję tam to, co planowałam ugotować tutaj, a część zostawię mamie.

Mięso i nabiał włożyłam do torby termicznej z wkładami chłodzącymi.

Nie zabrałam wszystkiego.

Zostały jajka.

Masło też.

Chleb, makaron, ryż, mrożonki.

Siergiej z pewnością nie umrze z głodu.

Zabrałam tylko te duże zakupy, z których poprzedniego wieczoru **w myślach urządził już darmową rodzinną ucztę**.

Mąż patrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Naprawdę zamierzasz teraz wyjechać?

Założyłam kurtkę.

– Tak.

– A goście?

Sięgnęłam po klucze.

– Ty zaprosiłeś swoich krewnych. Ty ich nakarm.

I wyszłam.

### Tego popołudnia Siergiej przekonał się, ile kosztuje „Oksana coś przygotuje”

Pierwszy telefon zadzwonił około pierwszej.

– Co można szybko przygotować dla dziewięciu osób?

– To, co zwykle – odpowiedziałam.

– Bardzo śmieszne.

– Nie żartuję.

Rozłączyliśmy się.

Później napisała do mnie Swieta.

„Wszystko u was w porządku? Siergiej powiedział, że niespodziewanie pojechałaś do mamy”.

Nie chciałam opisywać jej naszej kłótni.

Napisałam tylko:

„Wczoraj wieczorem dowiedziałam się, że zaprosił dziewięciu gości. Nie planowałam uczestniczyć w tym przyjęciu”.

Po kilku minutach dostałam odpowiedź:

„Rozumiem. Nam o tym nie powiedział”.

I na tym zakończyłyśmy rozmowę.

 W niedzielę wieczorem Siergiej nie był już taki pewny siebie

Wróciłam do domu w niedzielę po południu.

W kuchni było czysto.

Od razu było widać, że sprzątał Siergiej.

Durszlak stał obok salaterek, a głębokie talerze trafiły na półkę z małymi.

Ale przynajmniej wszystko było posprzątane.

Siergiej siedział w pokoju.

Nie zapytał nawet, jak było u mojej mamy.

Przez kilka minut milczał, aż w końcu rzucił:

– Ale mnie wczoraj urządziłaś.

Zdjęłam kurtkę.

– Co się stało?

Okazało się, że kupił gotowe sałatki i wędliny. Część gorących dań zamówił z dostawą. Swieta przyjechała trochę wcześniej i pomogła nakryć do stołu.

Goście zjedli.

Porozmawiali.

Dobrze się bawili.

A potem Siergiej przez prawie godzinę zmywał naczynia i doprowadzał kuchnię do porządku.

– Mama kilka razy pytała, gdzie jesteś – powiedział.

– Mam nadzieję, że powiedziałeś jej prawdę.

Siergiej nic nie odpowiedział.

Nie powiedziałam mu: „A nie mówiłam?”.

Nie wygłosiłam wykładu.

Nie wyliczałam wszystkich podobnych sobót z ostatnich ośmiu lat.

Nie było takiej potrzeby.

Bo tego jednego dnia sam przekonał się, co naprawdę oznacza zdanie:

„Przyjadą goście”.

Kiedy za tym zdaniem nie stoi żona, która wszystko przygotuje, poda i posprząta.

 Miesiąc później

Miesiąc później teściowa ponownie zaproponowała rodzinne spotkanie.

Siergiej przyszedł do kuchni.

Tym razem zaczął zupełnie inaczej:

– Masz wolną przyszłą sobotę? Mama chciałaby, żebyśmy wszyscy się spotkali.

– Nie. Mam inne plany.

Siergiej skinął głową.

Nie kłócił się.

Nie westchnął.

Nie powiedział: „Ale już ich zaprosiłem”.

Wyjął telefon i po kilku minutach zarezerwował duży stół w restauracji dla całej rodziny.

W sobotę ubrał się elegancko i pojechał do nich sam.

A ja zostałam w domu.

O moich pierogach z kapustą nikt już więcej nie wspomniał.

A może trafniej byłoby powiedzieć:

od tamtej pory nikt już nie uważał, że moja praca automatycznie należy się każdemu, kogo Siergiej zaprosi.

Visited 1 066 times, 278 visit(s) today
Oceń ten artykuł