Denis wracał do domu po pracy. Śnieg cicho skrzypiał pod jego stopami, a zimne powietrze w dziwny sposób przywoływało ciepłe wspomnienia. Przypomniało mu się dzieciństwo: zasypane śniegiem górki, bitwy na śnieżki, popołudnia spędzane z przyjaciółmi i ta beztroska radość, którą kiedyś uważał za coś zupełnie naturalnego.
Nagle usłyszał cichy szloch.
Rozejrzał się. Na ławce siedział mały chłopiec w brązowym płaszczu i szarej czapce. Dziecko wycierało łzy rękawem.
Denis podszedł bliżej.
— Cześć. Zgubiłeś się? Dlaczego płaczesz?
Chłopiec głośno pociągnął nosem.
— Zgubiłem list…
— Jaki list?
— Napisałem go do Świętego Mikołaja. Włożyłem do kieszeni, ale kiedy do niej zajrzałem… już go nie było.
Chłopiec znowu zaczął płakać.
— Nie martw się. Poszukamy go. Mama kazała ci go wysłać?
— Nie… Sam go napisałem. Mama nawet o nim nie wie.
Denis uśmiechnął się.
— W takim razie musi być naprawdę ważny. Idź już do domu, bo zaraz całkiem się ściemni. A ja poszukam twojego listu. Jeśli go znajdę, dostarczę go Świętemu Mikołajowi. Zgoda?
Chłopiec spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Naprawdę?
— Naprawdę. Obiecuję.
— A jeśli pan go nie znajdzie?
— Też nie będziesz się smucił. Święty Mikołaj wie, że listy dzieci czasami giną po drodze. I tak o nich nie zapomina.
Chłopiec otarł łzy i powoli ruszył do domu.
Denis jeszcze długo patrzył za nim.
— Biedny dzieciak… Na pewno poprosił o coś naprawdę ważnego — mruknął do siebie.
Potem ruszył dalej, a jego myśli znów powędrowały do dzieciństwa. Przypomniał sobie, jak co roku z ogromnym przejęciem szukał prezentów pod choinką i był absolutnie przekonany, że to właśnie Święty Mikołaj spełnia jego marzenia.
Jak dawno to było…
Niedługo jego własny synek, Mikolka, też zacznie pisać takie listy. Na razie miał dopiero cztery lata, ale Denis już uśmiechał się na samą myśl o tym.
Mimo wszystko nie przestawał szukać.
I wtedy coś zauważył.
Spod śniegu wystawało coś białego.
Denis pochylił się, ostrożnie odgarnął śnieg i wyciągnął przemokniętą kopertę.
Znalazł ją.
Schował list do torby i ruszył do domu.
W środku czekało na niego ciepło i spokój. Jego żona Walja przygotowywała kolację, a mały Mikolka siedział na podłodze i bawił się samochodzikami.
Denis kochał tych dwoje najbardziej na świecie.
— Walja, wyobraź sobie, co mi się dzisiaj przydarzyło — powiedział, zdejmując płaszcz. — Spotkałem małego chłopca. Miał może osiem lat. Siedział na ławce i płakał, bo zgubił list do Świętego Mikołaja. Znalazłem go.
Wyjął kopertę.
Na niej, dziecięcym pismem, było napisane:
„Do Świętego Mikołaja od Saszy”.
Walja pochyliła się nad kopertą.
— Ciekawe, o co poprosił?
Denis przez chwilę się zastanawiał, po czym otworzył kopertę.
— Sprawdźmy. I tak ten list już nigdzie nie trafi.
Rozłożył przemokniętą kartkę i zaczął czytać.
„Drogi Święty Mikołaju!

Mam na imię Sasza, mam dziewięć lat i chodzę do trzeciej klasy. Lubię grać w piłkę i biegać z kolegami.
Mieszkam z mamą Werą i babcią Lidą. Niedawno przeprowadziliśmy się do tego starego domu. Dobrzy ludzie pozwolili nam tutaj mieszkać.
Wcześniej mieszkaliśmy z tatą w innym mieście. Często wychodził z domu, a potem kłócił się z mamą. Mama i babcia często płakały, a ja razem z nimi. Dlatego wyjechaliśmy i zabraliśmy babcię ze sobą.
Święty Mikołaju, proszę, pomóż mojej mamie znaleźć pracę. Teraz sprząta, ale bardzo boli ją kręgosłup i nie może się często schylać.
Proszę, przynieś jej też nową sukienkę, bo jej stara już się podarła. Moja mama jest wysoka, szczupła i bardzo piękna.
Babci przynieś lekarstwa, żeby mniej bolały ją kolana. Trudno jej chodzić, chociaż nie jest jeszcze stara. Bardzo chciałaby też dostać ciepły szlafrok, bo ciągle marznie. Jest niska i drobna.
A ja chciałbym dostać choinkę. Piękną, z lampkami i ozdobami.
Bardzo na ciebie czekam.
Sasza.”
Denis zamilkł.
Walja przez dłuższą chwilę nic nie mówiła. W jej oczach pojawiły się łzy.
— Boże… jaki dobry chłopiec — wyszeptała. — Prawie o nic nie prosi dla siebie. Wszystko dla mamy i babci…
— Widać, że wiele przeszli — odpowiedział cicho Denis.
Po chwili podniósł wzrok.
— A gdybyśmy im pomogli?
Walja otarła łzy.
— Właśnie o tym pomyślałam.
— W mojej pracy akurat szukamy administratora. Może moglibyśmy zaproponować tę pracę jego mamie.
Na twarzy Walji pojawił się uśmiech.
— A może zrobimy jeszcze więcej? Założymy kostiumy Świętego Mikołaja i jego pomocnicy, pojedziemy do nich i urządzimy im prawdziwe święta.
— Jestem za.
— Ja kupię lekarstwa, szlafrok i sukienkę. Znajdziemy coś ładnego, ale nie musimy wydawać fortuny.
Denis przytulił żonę.
— Masz naprawdę dobre serce.
Następnego dnia Walja poszła na zakupy.
Kupiła miękki, różowy szlafrok dla babci, piękną zieloną sukienkę dla mamy, lekarstwa, słodycze, mandarynki i ozdoby choinkowe.
Denis kupił Saszy mały smartfon.
Pożyczyli od przyjaciół kostiumy, znaleźli piękną, puszystą choinkę i ruszyli pod wskazany adres.
Dom był stary. Część płotu była przekrzywiona, a z kilku miejsc odpadał tynk. W jednym z okien świeciło jednak ciepłe światło.
Denis trzymał choinkę, a Walja niosła wypchaną prezentami torbę.
Zapukali.
Drzwi otworzyła kobieta około trzydziestki.
— Dobry wieczór. Czy mieszka tutaj Sasza?
Kobieta spojrzała na nich zdezorientowana.
— Tak… To mój syn.
Wtedy z pokoju dobiegł dziecięcy głos:
— Mamo, kto przyszedł?
Sasza wybiegł na korytarz.
Kiedy ich zobaczył, zamarł.
— Święty Mikołaj?!
Denis szeroko się uśmiechnął.
— Witaj, Sasza! Dostałem twój list. Przyjechałem do ciebie.
Chłopiec aż otworzył usta ze zdumienia.
— Mamo! Dostał mój list! Ten pan go znalazł!
Kobieta spojrzała na Denisa, potem na syna i odsunęła się od drzwi.
— Proszę, wejdźcie…
Z pokoju powoli wyszła również babcia.
Wzrok Saszy natychmiast zatrzymał się na choince.
— To… dla nas?
— Oczywiście — zaśmiała się Walja. — Każde dziecko powinno mieć choinkę.
Na twarzy chłopca pojawiło się takie szczęście, że przez chwilę żaden z dorosłych nie potrafił nic powiedzieć.
— A mam też dla was prezenty — dodał Denis.
Sasza wciąż tylko stał i patrzył, jakby bał się, że jeśli się poruszy, wszystko zniknie.
— Przy Świętym Mikołaju powinno się coś powiedzieć albo zaśpiewać piosenkę — zażartowała Walja.
Sasza był jednak tak wzruszony, że potrafił tylko się uśmiechać.
Denis przykucnął obok niego.
— Wiesz, przeczytałem twój list. Wiem, jak dobrym jesteś chłopcem. Wiem, jak bardzo kochasz mamę i babcię. Dlatego każdy z was coś dostanie.
— Otwórz sam — powiedziała Walja, podsuwając mu torbę z prezentami.
Sasza ostrożnie zajrzał do środka.
— To… dla babci!
Wyjął różowy szlafrok i podbiegł do starszej kobiety.
— Babciu, to dla ciebie!
Babcia przez dłuższą chwilę tylko patrzyła na szlafrok.
— Dla mnie?
Głos jej zadrżał.
Założyła go i rzeczywiście wyglądał tak, jakby był uszyty specjalnie dla niej.
— Dziękuję… — wyszeptała.
Potem Sasza wyjął zieloną sukienkę dla mamy.
W oczach kobiety natychmiast pojawiły się łzy.
Lekarstwa trafiły do babci, słodycze i mandarynki do Saszy, a na końcu pojawił się telefon.
— To… to dla mnie?
— Tak.
— Prawdziwy telefon?
Sasza patrzył na niego, jakby trzymał w rękach najwspanialszy skarb.
— Dziękuję! Wiedziałem, że istniejesz!
Po jego policzkach spłynęły łzy szczęścia.
Denis i Walja zostali jeszcze przez chwilę, pomagając udekorować choinkę, a potem powoli zaczęli się żegnać.
Już stali przy drzwiach, gdy mama Saszy zawołała za nimi:
— Proszę poczekać… Kim wy właściwie jesteście?
Denis odwrócił się.
— To ja znalazłem list pani syna. Po prostu chciałem pomóc.
Wyjął z kieszeni wizytówkę.
— W naszej firmie szukamy administratora. Jeśli byłaby pani zainteresowana, proszę zadzwonić. Może to będzie dla pani nowy początek.
Kobieta wzięła wizytówkę drżącą ręką.
— Dziękuję…
Denis i Walja wyszli w chłodną noc.
Żadne z nich się nie odezwało.
Nie było takiej potrzeby.
Oboje czuli to samo: tego wieczoru coś niewidzialnego się zmieniło.
Czasami nie liczy się to, ile dajesz, lecz to, czy potrafisz przywrócić komuś nadzieję.
Pieniądze mogą się skończyć, prezenty z czasem się zużyją, ale chwila, w której człowiek znów zaczyna wierzyć, że nie jest sam, pozostaje w sercu na zawsze.
Bo są takie prezenty, których nie da się zapakować — można je jedynie zachować w sercu.







