– Nie pasujesz do mojego kręgu – powiedział Giena, zapinając spinki do mankietów. Miesiąc później jego krąg znacznie się skurczył.

Interesujące

– Naprawdę tak myślisz? – zapytała Larissa.

Stała na środku sypialni, trzymając w rękach nową sukienkę, którą kupiła trzy dni wcześniej. Metki wciąż z niej nie odcięła.

Giennadij stał przed lustrem i poprawiał spinki do mankietów. Nawet się nie odwrócił.

– Lar, tylko nie zaczynaj znowu. To impreza firmowa. Żon nie zabieramy.

Larissa powoli położyła sukienkę na oparciu krzesła.

Wyobrażała sobie, że tego wieczoru ją założy. Że podczas robienia makijażu Giennadij na nią spojrzy, uśmiechnie się i powie:

„Pięknie wyglądasz”.

Dawno już czegoś takiego nie mówił.

Może od pięciu lat.

Larissa usiadła na brzegu łóżka i spojrzała na swoje dłonie.

Miała czterdzieści jeden lat. Od dwunastu lat była mężatką. Dwa przeprowadzki, jedna utracona ciąża, niezliczone kolacje z szefami męża i jego partnerami biznesowymi oraz ani jednego urlopu, którego miejsce mogłaby wybrać sama.

Mieszkali w Twerze, w trzypokojowym mieszkaniu przy ulicy Wagżanowa.

Mieszkanie zostało kupione za pieniądze jej matki.

Ale w księdze wieczystej oboje byli wpisani jako właściciele.

„Przecież jesteśmy rodziną, Lar. Jaka to różnica?”

Wtedy jeszcze mu wierzyła.

Później zrozumiała, że różnica jest ogromna.

Tego wieczoru wiedziała jednak tylko tyle, że jej mąż idzie na firmową uroczystość, zabiera ze sobą nową marynarkę, którą Larissa wybrała dla niego w zeszłą sobotę w centrum handlowym Rubin, a ją zostawia w domu.

– Giena, zadzwoniłam do Oksany. Żona Fiodorowa też idzie.

Giennadij wreszcie na nią spojrzał.

– U nich sytuacja jest inna.

– Niby czym?

Mężczyzna nie odpowiedział.

Wziął telefon, zerknął na ekran, po czym wsunął go do wewnętrznej kieszeni.

– Muszę już iść.

Drzwi zamknęły się za nim cicho.

Nie trzasnął nimi.

Jakby nawet na to nie chciał marnować energii.

Larissa przez dwadzieścia minut siedziała nieruchomo na łóżku. Potem wstała, poszła do kuchni, zaparzyła herbatę i usiadła przy oknie.

Na zewnątrz padał drobny październikowy deszcz.

Lampa na podwórku znowu migotała.

Migotała już od czterech lat.

Larissa kiedyś zgłosiła to administracji budynku. Giennadij tylko machnął ręką.

„Po co się we wszystko wtrącasz? Siedź spokojnie”.

Siedź spokojnie.

To zdanie jakoś przewijało się przez całe ich małżeństwo.

Zostań w domu.

Nie wtrącaj się.

Ja się tym zajmę.

Ja wiem lepiej.

Nie pytaj.

Nie rzucaj się w oczy.

Siedź spokojnie.

Larissa odstawiła filiżankę.

Potem wzięła telefon i zadzwoniła do Oksany.

– Już tam jesteście?

– Oczywiście. Właśnie przyjechaliśmy. Piękne miejsce, restauracja Panorama nad nabrzeżem. Dlaczego cię nie ma?

– Giena powiedział, że żon nie można zabierać.

Po drugiej stronie przez kilka sekund panowała cisza.

– Larissa… ty mówisz poważnie?

– Tak.

– Tutaj wszyscy są w parach. Fiodorow przyszedł z Anastazją. Iljin z mężem. Kriwcow też przyprowadził żonę. Oni zresztą są małżeństwem dopiero od miesiąca.

Larissa wpatrywała się w stół.

– Jesteś pewna?

– Wyślę ci zdjęcie.

Minutę później zdjęcie dotarło.

Duża sala. Białe obrusy. Kwiaty. Świece. Elegancko ubrani ludzie.

Pary.

Mnóstwo par.

Larissa powoli powiększyła zdjęcie.

I wtedy go zobaczyła.

Po prawej stronie siedział Giennadij.

Obok niego młoda kobieta w bordowej sukience.

Kobieta śmiała się, lekko opierając głowę na ramieniu mężczyzny.

Larissa jej nie znała.

A przynajmniej tak jej się wydawało w pierwszej chwili.

Powiększyła zdjęcie jeszcze raz.

Nadal nie widziała wyraźnie twarzy kobiety, ale ten gest…

Odrzucenie włosów do tyłu…

Z jakiegoś powodu wydawało jej się znajome.

– Kto siedzi obok niego? – zapytała.

– Nie wiem. Jakaś nowa dziewczyna z działu sprzedaży. Chyba Alina.

– Dziękuję, Oksana.

Rozłączyła się.

Następnie otworzyła profil Giennadija na VK.

Nie było tam nic szczególnego.

Przewinęła listę znajomych.

I wtedy ją zobaczyła.

Alina Doroszenko.

Dwadzieścia dziewięć lat.

Dział sprzedaży.

TwerGradStroj.

Larissa otworzyła jej profil.

Kawa.

Siłownia.

Zachód słońca nad Wołgą.

Nic szczególnego.

A potem zobaczyła zdjęcie sprzed miesiąca.

Na skraju kadru widać było fragment męskiej marynarki.

Szary.

W delikatną kratkę.

Larissa natychmiast ją rozpoznała.

To ona wybrała ją dla Giennadija w sierpniu.

Nie płakała.

Nie krzyczała.

Nie drżała.

I być może właśnie wtedy po raz pierwszy coś w niej zmieniło się na zawsze.

Wstała.

Poszła do sypialni.

Otworzyła górną półkę szafy.

Leżała tam teczka z dokumentami Giennadija.

Dokumenty dotyczące mieszkania.

Umowa kupna-sprzedaży.

Dokument potwierdzający własność.

Kopie.

Larissa zaczęła je przeglądać.

I wtedy coś zauważyła.

Pod teczką leżała biała koperta.

Bez nazwiska.

Otworzyła ją.

W środku były dwie kartki.

Pierwsza była wydrukowaną kopią korespondencji z pośrednikiem nieruchomości.

Trzy tygodnie wcześniej Giennadij pytał, ile warte jest ich mieszkanie.

Drugi dokument był projektem umowy podziału majątku.

Mieszkanie.

Samochód.

Działka w okolicach Miednoje.

Wszystko dokładnie wyszczególnione.

Precyzyjnie.

Chłodno.

Jakby ich życie było już tylko zadaniem księgowym.

Larissa usiadła na podłodze.

Dziewięć lat temu kupili to mieszkanie.

Jej matka dała na nie dwa miliony sześćset tysięcy rubli.

Sprzedała swoją działkę w Ramienskoje.

„Dla mojej córki. Dla waszej rodziny”.

Giennadij wtedy się uśmiechnął.

„Oczywiście, Walentyno Siergiejewno. Po co jest rodzina?”

I napisał pokwitowanie.

Własnoręcznie.

Z datą.

Z kwotą.

Z podpisem.

Larissa pamiętała je.

Jej matka nalegała.

„Tylko dla porządku, Giena”.

Giennadij się z tego śmiał.

Prawdopodobnie już o tym zapomniał.

Albo sądził, że pokwitowanie zmarłej kobiety nie ma już żadnego znaczenia.

Larissa jednak o nim nie zapomniała.

Następnego ranka nie zadzwoniła do Giennadija.

Zadzwoniła do prawniczki.

Jeleny Witaljewny Krasnowej.

– Ma pani oryginał pokwitowania? – zapytała prawniczka.

– Mam.

– Mąż o nim wie?

Larissa się uśmiechnęła.

– Nie sądzę.

– W takim razie na razie proszę mu o nim nie mówić.

Larissa podniosła wzrok.

– Dlaczego?

– Bo po raz pierwszy to pani jest w korzystniejszej sytuacji. Nie spieszmy się.

Przez dwa tygodnie żyli obok siebie, jakby nic się nie wydarzyło.

Giennadij jadł śniadanie.

Jechał do pracy.

Wracał późno.

Larissa gotowała.

Prała.

Pracowała w bibliotece.

A jednocześnie obserwowała.

Mąż coraz częściej zamykał laptopa, gdy tylko wchodziła do pokoju.

Telefon zabierał już nawet do łazienki.

Dwa razy powiedział, że „utknął na budowie”.

Aż pewnego wieczoru jego telefon, leżący na szafce nocnej, zaczął wibrować.

Larissa nie chciała zaglądać.

Naprawdę nie.

Ale ekran się rozświetlił.

Pojawiło się na nim jedno zdanie:

„Kiedy jej powiesz? Mam już dość czekania. A.”

Larissa przez kilka sekund stała nieruchomo.

Potem odwróciła się i poszła do kuchni.

Nalała sobie wody.

Wypiła.

Nalała jeszcze jedną szklankę.

Jej ciało nadal było spokojne.

Jakby od dawna znało prawdę.

Tylko jej umysł potrzebował więcej czasu.

Trzy dni później Giennadij sam rozpoczął rozmowę.

Jedli kolację.

Ziemniaki z grzybami.

Surówka z kapusty.

Dokładnie jak każdego innego wieczoru.

Giennadij odłożył widelec.

– Lar, musimy porozmawiać.

– Słucham.

– Myślę, że powinniśmy się rozstać.

Larissa podniosła wzrok.

– Rozstać?

– Tak. Potrzebuję trochę czasu. Muszę uporządkować sobie życie.

Powiedział to tak, jakby przeczytał te słowa w jakimś czasopiśmie.

Dwanaście lat małżeństwa.

I tylko tyle z niego zostało.

„Muszę uporządkować sobie życie”.

– A mieszkanie? – zapytała Larissa.

– Sprzedamy. Podzielimy pieniądze po połowie. Albo ty tymczasowo zamieszkasz u kogoś, a potem się dogadamy.

U kogoś.

Matka Larissy już nie żyła.

Jej siostra mieszkała w Kostromie z dwójką dzieci w jednopokojowym mieszkaniu.

Przyjaciółka Swietłana wynajmowała mieszkanie.

– Czyli chcesz, żebym to ja się wyprowadziła?

– Nie rób z tego sceny.

– Nie robię.

Głos Larissy pozostał spokojny.

– Tylko pytam.

– Mieszkanie jest wspólną własnością.

– Wiem.

– Więc w czym problem?

Larissa spojrzała na niego.

– W niczym.

I uśmiechnęła się.

– Porozmawiajmy o tym spokojnie.

Z twarzy Giennadija zniknęło zadowolenie.

Jakby nie tego się spodziewał.

Może liczył na łzy.

Krzyk.

Błaganie.

Nie wiedział, że Larissa już dawno przestała być w tym miejscu.

Następnego dnia zadzwoniła do prawniczki.

– Zaczęło się – powiedziała.

– Dobrze – odpowiedziała Jelena Witaljewna.

– Chce złożyć pozew rozwodowy.

– Niech składa.

Tydzień później Giennadij wrócił do domu z plikiem dokumentów.

Położył je na stole.

– Złożyłem pozew rozwodowy. Tutaj jest umowa podziału majątku. Przeczytaj.

Larissa przeczytała.

Sprzedać mieszkanie.

Pieniądze podzielić po połowie.

Samochód zostaje Giennadijowi.

Działka przypada Larissie.

Wartość działki wynosiła mniej więcej jedną szóstą wartości mieszkania.

– Podpiszę, jeśli mój prawnik to przejrzy.

Twarz Giennadija stężała.

– Jaki prawnik?

– Mój.

– Po co ci do tego prawnik?

Larissa powoli złożyła dokumenty.

– Przyniosłeś umowę. Ja chcę wiedzieć, co podpisuję.

– Nie utrudniaj.

– Nie utrudniam.

Wstała.

– Po prostu się nie spieszę.

Cztery dni później siedzieli naprzeciwko siebie w kancelarii prawnej.

Obok Giennadija siedział młody prawnik.

Obok Larissy – Jelena Witaljewna.

Młody mężczyzna długo mówił o wspólnym majątku, własności małżeńskiej i równych udziałach.

Pewnie.

Następnie Jelena Witaljewna otworzyła cienką teczkę.

– My również mamy dokument.

Wyjęła kartkę.

Położyła ją na środku stołu.

– Pokwitowanie potwierdzające, że pieniądze potrzebne do zakupu mieszkania przekazała matka mojej klientki.

Wzrok Giennadija padł na dokument.

Znieruchomiał.

– To…

– To pańskie pismo – kontynuowała prawniczka. – Data. Kwota. Podpis.

Zapadła cisza.

Giennadij podniósł głowę.

Spojrzał na Larissę.

– Zachowałaś to?

– Tak.

– Ale przecież…

Urwał.

Bo nagle zrozumiał coś ważnego.

Nie zapomniał o mieszkaniu.

Zapomniał o Larissie.

Myślał, że wciąż siedzi przed nim ta sama kobieta, która wszystko znosi.

Która milczy.

Która się dostosowuje.

Która „ma siedzieć spokojnie”.

Młody prawnik poprosił o kopię dokumentu.

Jelena Witaljewna mu ją podała.

W ciągu następnej godziny plan Giennadija rozsypał się na kawałki.

Pod koniec spotkania nie mógł już podzielić mieszkania tak, jak zamierzał.

Samochód mógł zatrzymać.

Z działki dostałby pewną kwotę.

Ale zdecydowanie mniej, niż zakładał.

Rozwód został sfinalizowany w styczniu.

Larissa zatrzymała mieszkanie.

Dom, który kiedyś kupiono za pieniądze jej matki.

Miejsce, w którym przez dwanaście lat żyła tak, jakby była gościem.

Oksana później opowiedziała jej, że Alina oczekiwała od Giennadija mieszkania.

Przynajmniej jego części.

Kiedy dowiedziała się, że nie ma już czego sprzedawać i dzielić, wkrótce przeszła do innej firmy.

Kilka miesięcy później przeprowadziła się do innego miasta.

Giennadij dwa razy zadzwonił do Larissy.

Pierwszy raz, żeby zabrać swoje zimowe buty.

Drugi raz, żeby pożyczyć trochę pieniędzy do wypłaty.

Larissa za każdym razem odmówiła.

W marcu w końcu odcięła metkę od nowej sukienki.

Założyła ją na urodzinową kolację, na którą zaprosiła ją Swietłana.

Kiedy ją zobaczyła, Swietłana uśmiechnęła się.

– Larissa… promieniejesz.

Larissa odwzajemniła uśmiech.

I po raz pierwszy od wielu miesięcy nie musiała niczego udawać.

Uśmiech po prostu tam był.

W drodze do domu zatrzymała się przed ich budynkiem.

Podniosła wzrok.

Lampa na podwórku już nie migotała.

Po czterech latach w końcu ją wymieniono.

Światło równomiernie oświetlało chodnik.

Larissa spojrzała na trzecie piętro.

Dwa okna po lewej.

Jej okna.

W środku nikt na nią nie czekał.

Nie musiała przygotowywać kolacji.

Nie musiała się tłumaczyć.

Nie musiała prosić o pozwolenie.

Nie musiała siedzieć cicho.

Wyjęła klucz.

Na chwilę zatrzymała się przed drzwiami.

Potem uśmiechnęła się i weszła do środka.

Bo czasami najtrudniejsze nie jest wyjście z czyjegoś życia, lecz w końcu powiedzenie: ze mną już więcej tak nie można postępować.

Visited 1 times, 1 visit(s) today
Oceń ten artykuł