Kiedy Masza, już w samochodzie, zapytała mnie, dlaczego babcia jest na nią zła, zrozumiałam, że dobrze zrobiliśmy, wracając do domu.
Jeszcze godzinę wcześniej nawet nie myślałam o tym, żeby wyjeżdżać.
Chciałam spokojnie zostać do końca rodzinnego wieczoru, pomóc posprzątać ze stołu, a potem odwieźć męża i córkę do domu. Nie chciałam scen, kłótni ani obrażania się. Zwłaszcza podczas święta, które przecież miało być przede wszystkim dla dzieci.
A potem teściowa postanowiła, co następnego dnia zrobię ze swoim własnym samochodem.
I właśnie wtedy coś we mnie ostatecznie się poukładało.
Ale ta historia zaczęła się znacznie wcześniej.
Jesteśmy z Andriejem małżeństwem od dwunastu lat, a nasza córka Masza ma dziesięć. Moja teściowa, Ludmiła Pietrowna, ma czworo wnucząt: naszą córkę, dwoje dzieci swojej starszej córki Oksany oraz córkę młodszego syna, Pawła.
Dzieci są w podobnym wieku, więc podczas rodzinnych spotkań zawsze trzymały się razem. Przez długi czas uważałam, że to normalne, że babcia jest z którymś z wnuków bliżej.
Oksana mieszka bliżej niej. Dzieci często wpadają do babci po szkole, a Oksana może w każdej chwili poprosić matkę, żeby zajęła się nimi przez kilka godzin.
My mieszkamy dalej. Masza po lekcjach chodzi na zajęcia plastyczne.
Nigdy nie liczyłam, do którego wnuka babcia dzwoni częściej.
Aż różnica stała się zbyt wyraźna, żeby jej nie zauważyć.
Pewnego lata Ludmiła Pietrowna wymyśliła, że w sobotę zabierze wnuki za miasto. Masza już w piątek wieczorem spakowała plecak. Włożyła czapkę, wodę, książkę, a nawet swoją ulubioną teczkę.
Następnego ranka teściowa zadzwoniła jednak do Andrieja.
„Plany się zmieniły. W samochodzie nie ma wystarczająco dużo miejsca. Chyba lepiej, żeby Masza tym razem nie jechała”.
Nie kłóciliśmy się.
Następnego dnia pojechaliśmy we trójkę do parku.
W poniedziałek Oksana wysłała zdjęcia z wycieczki na rodzinną grupę.
Na jednym z nich stała trójka wnuków — a obok nich jakiś obcy chłopak.
Masza jadła właśnie śniadanie, kiedy Andriej przewijał wiadomości w telefonie.
— Tato, kto to?
— Kolega Sierioży.
Masza przez kilka sekund milczała.
A potem zapytała tylko:
— To jednak było miejsce?
Andriej natychmiast zablokował telefon.
Ja również nic nie powiedziałam przy córce.
Wieczorem zapytałam jednak męża, dlaczego jego matka po prostu nie powiedziała, że nie chce zabierać Maszy.
Andriej do niej zadzwonił.
Po rozmowie powiedział tylko:
— Mama bardziej chce pomagać Oksanie. Mówi, że sama ma ciężko z dwójką dzieci.
Nie podobało mi się to, ale co mogłam zrobić? Nie można zmusić babci, żeby kochała wszystkie wnuki dokładnie tak samo.
Dlatego przełknęłam tę sytuację.
Dopiero później zrozumiałam, że nie tylko Masza stała się w tej rodzinie „tą drugą”.
Mój samochód również.
Cztery lata temu mój ojciec kupił sobie nowe auto, a poprzednie podarował mnie. Od tamtej pory samochód jest zapisany na mnie. Andriej jest wpisany do ubezpieczenia i czasami nim jeździ, jeśli akurat nie jest mi potrzebny.
Ludmiła Pietrowna zaczęła jednak zachowywać się tak, jakby samochód był własnością całej rodziny.
Sama od dawna już nie prowadziła.
Pierwsza poważniejsza sytuacja wydarzyła się jesienią.
Pracuję jako księgowa w niewielkiej firmie i dwa dni w tygodniu jeżdżę do biura. Pewnego ranka Andriej zupełnie spokojnie powiedział:
— Mama jutro chce pojechać z Oksaną do sklepu budowlanego. Powiedziałem jej, że zawiozę je twoim samochodem.
Odstawiłam filiżankę.
— A mnie kiedy zamierzałeś zapytać?
Od razu zobaczyłam po jego minie, że zrozumiał, o co chodzi.
Następnego dnia sama potrzebowałam samochodu. Po południu miałam odebrać Maszę, a potem zrobić zakupy.
Ale nawet gdybym nie miała żadnych planów, nie podobałoby mi się, że ktoś najpierw obiecuje komuś rzecz należącą do mnie, a dopiero potem mnie o tym informuje.
Andriej przyznał, że popełnił błąd, i zadzwonił do matki.
Dziesięć minut później zadzwoniła do mnie Ludmiła Pietrowna.
— Natasza, Andriej powiedział, że nie chcesz dać samochodu.
— Powiedziałam tylko, że jest mi potrzebny.
— Ale przecież pracujesz w domu.
Wyjaśniłam jej, dlaczego potrzebuję samochodu.
Westchnęła, a potem powiedziała:
— Dla rodziny mogłabyś raz naprawdę pomóc.
Zaproponowałam, żeby zamówili dostawę ze sklepu.
Nie chciała.
Ostatecznie pojechały z kimś znajomym.
Nic wielkiego się nie stało.
Dopiero później, podczas rodzinnego obiadu, Ludmiła Pietrowna dwa razy wspomniała, że w dzisiejszych czasach każdy myśli tylko o sobie.
Andriej obiecał wtedy, że już nigdy nie będzie niczego ustalał za moimi plecami.
Przez jakiś czas rzeczywiście tego przestrzegał.
Aż nadeszły święta.
I przez chwilę pomyślałam, że może wszystko zaczyna się układać.
W grudniu teściowa zadzwoniła i zapytała, co kupić Maszy.
Córka była wtedy całkowicie pochłonięta rysowaniem, więc zaproponowałam dobrej jakości flamastry, ładny szkicownik albo lampkę na biurko.
Nie prosiłam o nic drogiego.
— Może potrzebuje jakiegoś sprzętu elektronicznego? — zapytała.
— Chyba nie. Ma telefon, a w domu komputer.
Na tym rozmowa się skończyła.
W niedzielę po południu przyjechaliśmy.
Oksana z dziećmi już była, a później przyszedł Paweł z córką. Mieszkanie szybko zrobiło się pełne. W kuchni trudno było się przecisnąć, a dzieci kłóciły się, jaki film obejrzą później.
Masza wręczyła babci własnoręcznie pomalowaną drewnianą podstawkę.
Ludmiła Pietrowna pochwaliła ją i postawiła na kuchennym blacie.
Pomyślałam wtedy:
Może naprawdę doszukuję się problemu tam, gdzie go nie ma.
Prezenty rozdano po kolacji.
Teściowa poszła do sypialni, a po chwili wróciła z trzema identycznymi podłużnymi pudełkami i papierową torbą.
Pierwsze pudełko wręczyła Sierioży.
Drugie jego bratu.
Trzecie córce Pawła.
Po opakowaniach od razu było widać, że w środku są tablety.
Dzieci zaczęły mówić jedno przez drugie. Sierioża od razu zaczął zrywać folię, a Dasza poprosiła ojca, żeby pomógł jej skonfigurować urządzenie.
Oksana spojrzała na matkę z niedowierzaniem.
— Mamo, po co kupiłaś aż tyle?
— Bo chciałam.
Potem Ludmiła Pietrowna podała Maszy papierową torbę.
W środku były flamastry, szkicownik i zestaw cienkopisów.
Ładny prezent.
Masza uśmiechnęła się, podziękowała, a potem przez kilka sekund patrzyła na swoich kuzynów.
W końcu zapytała:
— Babciu, a gdzie mój tablet?
W pokoju nagle zapadła cisza.
Ludmiła Pietrowna poprawiła trzymane w dłoni puste pudełko po słodyczach.
— Maszeńko, kupiłam ci to, co lubisz. Przecież rysujesz.
— Wiem.
Masza na chwilę spuściła głowę.
— Po prostu myślałam, że wszyscy dostaną to samo.
Nie było w tym żądania.
Nie płakała.
Nie obraziła się.
I właśnie dlatego zabolało mnie to jeszcze bardziej.
Chciałam, żeby rozmowa skończyła się w tym miejscu.
Ale Ludmiła Pietrowna zaczęła się tłumaczyć.
— Ty i tak masz wszystko. Tym dzieciom bardziej się to przyda.
Podniosłam wzrok.
— Proszę, nie.
Ale było już za późno.
— Natasza, tylko nie zaczynaj znowu. Oksana sama wychowuje dwoje dzieci. Paweł miał teraz mnóstwo wydatków po remoncie. Wy z Andriejem przecież dobrze zarabiacie.
Oksana natychmiast się odwróciła.
— Mamo, mnie w to nie mieszaj. Ja nie prosiłam o tablety.
— Przecież nie mówię, że prosiłaś. Sama tak zdecydowałam.
Andriej odezwał się wtedy:
— Mamo, przynajmniej nie trzeba było wręczać dzieciom aż tak różnych prezentów w tym samym momencie.
Ludmiła Pietrowna natychmiast się oburzyła.
— To moje pieniądze! Wydaję je na to, na co chcę! Nie muszę się nikomu tłumaczyć!
Miała rację.
— Oczywiście — powiedziałam spokojnie. — To ty decydujesz, na co wydajesz swoje pieniądze. Ale dzieci widzą różnicę.
Zacisnęła usta.
— Kupiłam jej dobry prezent.
— Wiem. I na tym zakończmy.
Masza zamknęła pudełko z flamastrami i po kilku minutach poszła za pozostałymi dziećmi do drugiego pokoju.
Oksana podeszła do mnie cicho.
— Jest mi strasznie głupio. Nie miałam pojęcia, że kupi im tablety.
— Wiem — odpowiedziałam. — Z tobą wszystko jest w porządku.
Nie chciałam od razu wracać do domu.
Chciałam, żeby Masza jeszcze trochę pobyła z dziećmi. Za pół godziny mieliśmy się zebrać.
Wtedy jednak Ludmiła Pietrowna wpadła na kolejny pomysł.
Poszłam do przedpokoju po torebkę.
Na komodzie leżały kluczyki do mojego samochodu.
Właśnie chowałam telefon, kiedy usłyszałam za plecami:
— Natasza, zostaw kluczyki Andriejowi. Jutro rano będzie mi potrzebny samochód.
Odwróciłam się.
— Słucham?
— Musimy rozwieźć prezenty. Mam paczkę dla siostry, potem coś zawieziemy Oksanie, a jeszcze trzeba podjechać do centrum handlowego. Ty z Maszą jakoś wrócicie do domu, a Andriej później wróci.
Mówiła tak spokojnie, jakby wszystko było już ustalone.
Andriej właśnie wyszedł z pokoju.
— Mamo, o tym nie rozmawialiśmy.
— Oj, przecież jutro masz wolne.
— Mam. Ale samochód jest Natashy.
Ludmiła Pietrowna spojrzała na mnie.
— Właśnie dlatego mówię do niej. Oddasz go tylko na jeden dzień. Andriej będzie prowadził. Co ci szkodzi?
Wzięłam kluczyki z komody i schowałam je do kieszeni płaszcza.
— Wracamy do domu samochodem.
— Natasza, nie rób z tego problemu.
— To nie ja robię problem. Wy po prostu zaplanowaliście wykorzystanie mojego samochodu, nawet mnie o to nie pytając.
— Ale Andriej jest twoim mężem!
— Ale to nie on jest właścicielem samochodu.
W powietrzu nagle zrobiło się ciężko.
Ludmiła Pietrowna znowu zaczęła tłumaczyć, że dla rodziny czasem trzeba coś poświęcić. Że Oksana zawsze pomaga. Że Paweł nigdy nie odmawia. Że ja robię wielką sprawę z niczego.

A ja spojrzałam tylko na Maszę.
— Ubieraj się, kochanie.
Córka wróciła z pokoju.
— Już jedziemy?
— Tak.
Oksana spojrzała na mnie zaskoczona.
— Naprawdę wychodzicie?
— Tak.
Ludmiła Pietrowna zwróciła się wtedy do Andrieja:
— Ty zostajesz, prawda? Musimy jeszcze ustalić jutro.
Andriej spojrzał na mnie.
Potem na matkę.
— Nie. Jadę do domu.
Na twarzy Ludmiły Pietrownej po raz pierwszy pojawiło się zaskoczenie.
— Andriej, przecież czekałam na ciebie rano!
— Jeśli trzeba rozwieźć paczki, dogadaj się z Oksaną albo zamów transport. Nie planuj tego z samochodem Natashy.
Założył kurtkę.
Matka powiedziała tylko:
— Zupełnie się zmieniłeś.
Andriej nic nie odpowiedział.
Wyszliśmy.
Do windy żadne z nas się nie odezwało.
Przez pierwsze dziesięć minut jazdy panowała zupełna cisza.
Masza siedziała z tyłu, trzymając na kolanach papierową torbę.
W końcu, na czerwonym świetle, odezwała się:
— Mamo?
— Tak?
— Babcia jest na mnie zła?
Spojrzałam na nią w lusterku.
— Dlaczego tak myślisz?
— Bo wszystkim dała takie same rzeczy, a mnie coś innego. I latem też mnie nie zabrała.
Wtedy zrozumiałam, że wszystko, co my, dorośli, próbowaliśmy przez cały czas łagodzić i tłumaczyć, w jej głowie już dawno połączyło się w jedną całość.
Nie miało znaczenia, ile razy mówiliśmy: „Na pewno coś się zmieniło”.
Ona widziała.
Czuła.
I pamiętała.
Andriej odwrócił się do córki.
— Nie zrobiłaś nic złego. To dorośli tak zdecydowali.
Masza przez chwilę milczała.
— Ale flamastry i tak sobie zostawię.
Uśmiechnęłam się.
— Oczywiście, że zostawisz.
Tego wieczoru nie kupiliśmy jej tabletu.
Nie chciałam, żeby Masza nauczyła się, że jeśli babcia da komuś coś innego, my natychmiast musimy jej to wyrównać takim samym albo jeszcze droższym prezentem.
Kiedy poszła spać, usiedliśmy z Andriejem w kuchni.
— Mama może kupować wnukom, co chce — powiedział. — To jej pieniądze. Ale potem zachowywać się tak, jakby twój samochód był czymś, co jej się po prostu należy? To już co innego.
— Pamiętasz sytuację z jesieni?
— Pamiętam.
— Wtedy też najpierw jej obiecałeś, a dopiero potem powiedziałeś mnie.
— Wiem.
Nie próbował się bronić.
Powiedział, że zrozumiał, iż sam doprowadził do tej sytuacji, bo zbyt często mówił matce „tak”, zanim sprawdził z nami, czy rzeczywiście możemy jej pomóc.
Tego wieczoru jego telefon kilka razy zawibrował.
Ludmiła Pietrowna najpierw pisała na rodzinnej grupie, a potem bezpośrednio do niego.
Andriej przeczytał wiadomości i odłożył telefon.
Następnego ranka zadzwonił do matki.
Nie wypominał jej tabletów.
Nie żądał, żeby kupiła taki sam Maszy.
Powiedział tylko jedno:
Od tej pory nie będzie nikomu obiecywał swojej pomocy ani korzystania z mojego samochodu bez wcześniejszego uzgodnienia tego ze mną.
Oczywiście nie doszło do cudownego pojednania.
Następnego dnia po południu Oksana pojechała po matkę. Część pudeł zawiozły razem, resztę Ludmiła Pietrowna później przekazała komuś do dostarczenia.
Okazało się, że świat wcale się nie zawalił bez mojego samochodu.
Kilka dni później Ludmiła Pietrowna napisała do Maszy.
Zapytała, czy podobają jej się flamastry.
Masza odpisała, że tak, i wysłała zdjęcie jednego ze swoich rysunków.
O tabletach nikt nie wspomniał.
Miesiąc później spotkaliśmy się ponownie na urodzinach Pawła.
Ludmiła Pietrowna rozmawiała z Maszą normalnie. Pytała o szkołę i o to, co teraz rysuje.
Nie przeprosiła.
A ja już na to nie czekałam.
Pod koniec przyjęcia poprosiła jednak Andrieja, żeby następnego dnia pomógł jej odebrać ze sklepu niewielki regał.
Andriej wyjął telefon, sprawdził nasz wspólny kalendarz i spojrzał na mnie.
— Jutro po drugiej potrzebujesz samochodu?
— Do trzeciej.
Andriej zwrócił się do matki.
— W takim razie mogę cię zawieźć po trzeciej, jeśli ci pasuje.
Ludmiła Pietrowna westchnęła.
— Kiedyś wszystko było prostsze.
Andriej spojrzał na nią.
— Kiedyś najpierw mówiłem „tak”, a dopiero potem pytałem Nataszę. Teraz już tak nie będzie.
Następnego dnia rzeczywiście zawiózł ją do sklepu po trzeciej.
Godzinę później wrócił do domu.
Kluczyki położył na półce w przedpokoju, dokładnie tam, gdzie zawsze je trzymaliśmy.
Masza w tym czasie siedziała w swoim pokoju i rysowała tymi samymi flamastrami.
Tablet kupiliśmy jej dopiero wiosną, kiedy rzeczywiście był jej potrzebny do szkoły i rysowania.
Wybraliśmy go we troje.
Nie na złość babci.
Nie po to, żeby komukolwiek coś udowodnić.
Po prostu wtedy naprawdę go potrzebowała.
Ludmiła Pietrowna zobaczyła go później, kiedy Masza pokazała jej nowy rysunek.
— Ładny? — zapytała dziewczynka.
Babcia spojrzała na rysunek.
— Ładny.
Masza znowu zajęła się rysowaniem.
Kiedy później zbieraliśmy się do wyjścia, założyłam płaszcz i wzięłam kluczyki samochodu z półki.
Tym razem nikt nie poprosił, żebym je zostawiła.
I wtedy zrozumiałam, że tak naprawdę nigdy nie chodziło o kluczyki do samochodu — chodziło o to, żeby w końcu każdy zrozumiał, że o tym, co należy do mnie, decyduję ja.







